Monday, June 26, 2006

Poznaj Świat - "Złota farma"


Artykuł ukazał się jako temat numeru.

„La Paz”, znaczy pokój

W połowie XVI wieku w dolinie rzeki Choqueyapu, u stóp wulkanu, na rozłożystym altiplano, znajdowała się mała wioska Chuquiago (w języku Indian Aymara - Chukiyawu), co oznacza „złotą farmę”. Nazwa ta wzięła się stąd, że było to miejsce wydobycia złota. 20 listopada 1548 roku po zakończeniu wojny domowej, hiszpański kapitan Alonso de Mendoza ufundował miasto de Nuestra Senora de La Paz1, które miało stać się nieśmiertelnym symbolem zakończenia walk i zjednoczenia w pokoju i miłości. Miasto pokoju na wieczną pamiątkę ustanawiam – powiedział Mendoza. Na jego strażnika wyznaczono ośnieżony wulkan Illimani (6,403 m. n.p.m.).
W 1825 roku na cześć zwycięstwa Peruwiańczyków i Boliwijczyków z Hiszpanami w Bitwie pod Ayacucho, która ostatecznie przesądziła o niepodległości krajów Ameryki Południowej, miasto zmieniło nazwę na La Paz de Ayacucho. Po dziś dzień, oficjalnie nosi dwa imiona – to właśnie oraz pierwotne, indiańskie – Chuquiago.

Soroche


La Paz to najwyżej położona stolica świata2, rozciąga się od 3,200 metrów aż do 4,200. Chociaż istnieje tutaj straż pożarna, nie ma zbyt wiele do roboty, bowiem powietrze jest tak rozrzedzone, że trudno nawet zapalić zapałkę. Przybyszów z nizin często dopada soroche – choroba wysokościowa, objawiająca się między innymi bólami głowy i krwotokami z nosa. Każde podejście pod górę może być dla początkujących przeprawą przez mękę. Oprócz problemów spowodowanych wysokością, może dokuczać zimno. Andyjski klimat nie należy bowiem do najcieplejszych. Jest pora letnia i ta chłodniejsza, ale średnia roczna temperatura wynosi tylko 14 C, a od listopada do marca padają obficie deszcze. Nie powinno to jednak odstraszać turystów. Na licznych bazarach można się bowiem bez problemów zaopatrzyć w ciepły sweter, szalik i czapkę z alpaki, soroche zaś nie trwa wiecznie.

Przepaść o wysokości jednego kilometra


Większość mieszkańców Boliwii stanowią Indianie. Zawsze jednak znajdowali się oni w gorszej sytuacji ekonomiczno – społecznej niż biali i Latynosi. Kiedy powstawało La Paz, od razu wytworzył się podział – Indianie zamieszkiwać mieli wyłącznie tereny po prawej stronie rzeki, biali zaś po lewej. W 1780 roku, po wybuchu powstania ludów Keczua i Ajmara, wybudowano nawet mur, by odgrodzić od zdesperowanych Indian, pozostałych przestraszonych mieszkańców miasta pokoju. Dzisiaj muru już nie ma, ale nadal istnieje silny podział. Odwrotnie niż we wszystkich schematach stratyfikacji społecznej w La Paz, ci którzy znajdują się na szczycie społecznej piramidy, mieszkają najniżej, domostwa indiańskiej biedoty wznoszą się zaś wysoko ponad nimi, często wspinając na szczyty pagórków i wzgórz. Obszary położone między 4,200 i 3,600 m (dzielnica El Alto) zamieszkują społeczne niziny, składające się prawie w stu procentach z Keczua i Ajmara. Bieda jest niewysoka i ciemną ma twarz. Nosi długie, grube spódnice lub wytarte spodnie, bluzki i swetry w przepięknych kolorach tęczy (często zakładane jedne na drugie – na cebulkę) i filcowe, okrągłe kapelusze (noszone są przez Indian niezależnie od wieku i płci).
Na wysokości 3,600 metrów wokół administracyjnego i handlowego centrum, mieszka klasa średnia. Poniżej 3,500 rozciągają się dzielnice rezydencji jasnoskórych bogaczy (Calacoto, La Floryda, Achumani).

Niebezpieczne taksówki


Bieda, jak również mało skuteczna polityka państwa w zwalczaniu przestępczości, sprawiły że turysta w La Paz nie może czuć się bezpiecznie. Kiedy znajdzie się nagle w jakiejś szemranej uliczce, czy dzielnicy i poczuje niepewnie, w pierwszym odruchu będzie się pewnie starał złapać taksówkę, tym bardziej że są one w La Paz bajecznie tanie (za kilka złotych można przejechać przez całe miasto). Nie wie, że może się tym samym wpakować w jeszcze większe tarapaty. O taksówkach w La Paz krążą czarne legendy. Można z nich korzystać, ale trzeba uważać do jakiego samochodu się wsiada. Ważne by było to teletaxi. Taxi bez numeru telefonu to często zwykła pułapka. Szczególnie łatwo w nią wpaść, jeśli podróżuje się samemu. Kierowca po pewnym czasie jazdy zatrzymuje samochód, dosiada się kolejny pasażer – turysta. Zatrzymuje ich policja i znajduje u tego ostatniego narkotyki. Tutaj wersje dalszego rozwoju wypadków bywają różne. 40 letnią Jelenę obrabowali już w taksówce i puścili wolno. Parę młodych Holendrów - Katharinę i Kirstena zabrali na fikcyjny komisariat, gdzie zarekwirowali im paszporty i karty kredytowe, po czym uwięzili, wymusili kody PIN i przez kilka dni wyciągali pieniądze z konta. Po tym czasie brutalnie ich zamordowali. Boją się nie tylko turyści. Jeżeli autobus przyjeżdża do stolicy przed świtem, część pasażerów w ogóle z niego nie wychodzi, czekając na wschód słońca.
Mimo że opowieści te brzmią strasznie, nie wolno popadać w paranoje. Przy zachowaniu pewnych środków ostrożności, nic złego nie powinno się stać.

Centrum pełne ludzi i gołębi


Aby uniknąć przemieszczania się taksówkami (zawsze zresztą można wziąć autobus), na zwiedzenie centrum La Paz najlepiej poświęcić cały dzień (przynajmniej!). Starczy to aby przespacerować się od Plaza de Murillo aż do Plaza del Estudiante, zwiedzając okoliczne uliczki, kościoły i niektóre muzea. Osobny dzień trzeba koniecznie poświęcić na zakupy, ale o tym później. Plaza Murillo to główny plac w mieście, przy którym znajduje się ładna neoklasycystyczna katedra, pałac prezydencki oraz siedziba parlamentu. Od niej Calle Comercio, pełną banków, drogich sklepów i ulicznych handlarzy wszystkim, dojdziemy do kolejnego skweru. Stamtąd już tylko krok dzieli nas od gwarnego placyku Alfonso de Mendozy, gdzie można w dużej, pełnej Boliwijczyków stołówce zjeść tani obiad (za około 3 złotych), oraz od placu San Francisco, gdzie z kolei warto nakarmić duszę, zaglądając do potężnej świątyni (połączonej z klasztorem). Place w centrum La Paz pełne są ludzi i gołębi. Gołębie rzucają się z dziobami na walające się na ziemi okruchy, a żebracy na przechodniów, ze swoimi błagalnymi spojrzeniami. Obok pokrzykują sprzedawcy codziennej prasy, taniego jedzenia (takiego indiańskiego fast – food) i papierosów. Roznosi się hałas toczących się ulicami samochodów i wydzierających w niebogłosy autobusowych naganiaczy. Przed konwentem San Francisco odbywają się czasem przedstawienia. Widownia teatrzyków ulicznych jest imponująca i w przeciwieństwie do często sztywnej i napuszonej publiki prawdziwych teatrów czy oper, żywo reaguje na grę aktorów, a niejednokrotnie sama jest przez nich wciągana do udziału w spektaklu.
Odchodząca od placu San Francisco Avenida Mariscal Santa Cruz jest szeroka i reprezentacyjna. Znajdują się przy niej wysokie, nowoczesne budynki, często siedziby firm. Aleją tą dojdziemy do niewielkiego placyku Studenta (Plaza del Estudiante), skąd warto wybrać się do Muzeum słynnej boliwijskiej rzeźbiarki Mariny Nunez del Prado lub do Narodowego Muzeum Archeologii, prezentującego dorobek pradawnej kultury Tiahuanaco.
Kiedyś niczym do muzeum można się było wybrać do…więzienia. W centrum La Paz znajduje się wyjątkowe miejsce dla boliwijskich przestępców – carcel San Pedro. Funkcjonuje on niczym małe miasto. Podobno nie ma tam strażników, a więźniowie rządzą się własnymi prawami. Mogą mieszkać razem ze swoimi żonami i zwierzętami. Istnieje cała sieć barów i restauracji. Każdy żyje na takim poziomie na jaki sobie zasłużył, bądź zapracował. Może gnić w nędzy, ale może również dochrapać się niezłej rezydencji. Ile w tym w wszystkim prawdy do końca nie wiadomo, bo od pewnego czasu władze San Pedro zabroniły wstępu turystom.

Czapka z alpaki, zioła od czarownicy

Panie, panowie, jak na zakupy to tylko do…La Paz. Takie hasło reklamowe powinno widnieć na każdym prospekcie turystycznym promującym jedną ze stolic Boliwii. Bowiem wszystkiego ci tutaj dostatek.

Czapki, sandały i naszyjniki,
kurtki, swetry i piękne szaliki
z wełny alpaki szyte to dzieła
bo któżby innych się tu spodziewał

kolorem tęczy mienią się one,
pradawnym wzorem Inków zdobione,
kuszą tysiące spragnionych tego
by odziać coś oryginalnego

Ten wierszyk w całości oddaje klimat calle Sagarnaga i towarzyszących jej uliczek na tyłach centralnie położonego Plaza San Francisco. Znajdziemy tutaj tysiące większych lub mniejszych sklepików z podobnym asortymentem, których sprzedawcy tęsknym wzrokiem wodzą za każdym mijającym ich turystą. Naprawdę, trudno kupić tu wszystko, co by się chciało, bo plecaki mają niestety swoją ograniczoną objętość, ale może warto sięgnąć chociaż po jedna czapkę, jedną kurtkę, jeden szalik… Czasami trudno skończyć na jednym.
Klimat tej okolicy uzupełnia Mercado de Brujas (Bazar Czarownic) zajmujący jedną z okolicznych uliczek. Siedzące tu na chodnikach boliwijskie kobiety mogą zapewne rzucić urok na każdego, kto choćby 1 boliviano nie zainwestuje w ich usługę przewidywania przyszłości, lub szczyptę uzdrawiających ziół.
Na handlowej mapie stolicy znajdują się także już mniej ciekawe, ale równie olbrzymie Mercado Negro i Mercado Yamacho, swym wyglądem bardziej przypominające nasz sławny Stadion X – lecia w Warszawie. Jedno jest pewne, nie należy odkładać zakupów na później i na inne miejsca w Boliwii, bo taniej niż w La Paz już nigdzie nie będzie. I chociaż ceny nie są znacznie niższe od tych w Peru, różnorodnością oferowanych produktów stołeczne bazary wygrywają z każdym konkurentem.

Zupę serwujemy tylko z drugim, czyli PRL w wydaniu boliwijskim


Lata 70-te. Zza okien najlepszego w mieście hotelu do uszu przechodniów dobiega głośnia muzyka. Z samochodu wysiada samotny Pan z wąsikiem w białej koszuli, w charakterystycznym garniturze. Nie ma niestety krawata. Bez niego wstęp do lokalu jest zabroniony. Ale Pan i Władca całej imprezy - Król Szatniarz łaskawie sięga pod ladę, i wyciąga swój największy atrybut władzy – krawat na gumce. Słyszymy szelest banknotu i już obserwowany przez nas osobnik staje się pełnoprawnym uczestnikiem dancingu – najważniejszej imprezy towarzyskiej epoki PRL. Ta epoka zdaje się wciąż być obecna na naszym globie w samym sercu La Paz przy placu San Francisco. Tutaj szatniarka co prawda nie rozdaje krawatów, ale pełni nie mniej ważną rolę pierwszego kontaktu z klientem.
Co można tu zjeść? – pytają zaciekawieni przybysze.
Mamy menu, składające się z zupy i drugiego dania w cenie 5 boliviano – odpowiada rutynowo Pani Szatniarka.
Nie jesteśmy aż tak głodni, zjemy tylko zupę, ile ona kosztuje? – kontynuują turyści.
Też 5 boliviano, nie sprzedajemy oddzielnie zupy – pewnie odpowiada przedstawicielka lokalu.
No ale zupa to przecież mniej niż zupa i drugie danie, czy nie tak? – filozofują dalej bezczelnie podróżnicy
No dobrze, a więc zrobimy menu z 2 zup za 5 boliviano. Czy to Wam pasuje? – sprytnie ripostuje Pani S. Wspięła się chyba w tym momencie na wyżyny swoich intelektualnych możliwości.
Oczywiście – odpowiadają wdzięczni obieżyświaci.
Lokal może pomieścić pewnie i z 80 osób przy swoich 4-osobowych stolikach. Jednak dzisiaj przybysze ujrzeli jedynie może ze 12 osób rozsianych dość równomiernie po sali. W 95% są to sami mężczyźni w staromodnych garniturach popijający piwo. Gości zabawia DJ (Indianin), a atmosferę uzupełnia srebrna kula kręcąca się nad parkietem. Elegancko ubrani kelnerzy podają główną atrakcję klubu – menu za 5 boliviano. Niestety, ponieważ nie jest to gay – party nikt ze sobą nie tańczy. A muzyka stanowi jedynie tło do zażartych dyskusji politycznych.
A dyskutować jest o czym. Kraj przeżywa obecnie rewolucyjne zmiany po dojściu do władzy Evo Moralesa, którego podobizna spogląda na przechodniów z każdej okładki gazety. Jakby tego było mało, uliczni sprzedawcy donośnym głosem namawiają do zakupu małych książeczek pamiątkowych: przemówienia Evo, projekt konstytucji Evo, pierwsza podróż Evo…. itd. Najbardziej indiańskie państwo Ameryki Południowej ma wreszcie prezydenta swojaka, chłopa z tej samej krwi i kości, który w prosty i demagogiczny sposób opowiada o tym, jak zbudować nową, lepszą Boliwię. Oczekiwania są wielkie. Jednak doświadczeni podobnych „cudownych” rozwiązań będą zawsze sceptycznie patrzeć na tego typu zmiany.

El Carretero – miejsce wyjątkowe


W pobliżu centrum znajduje się miejsce, które dzięki swojemu szczególnemu klimatowi i niskim cenom (2 dolary za noc) przyciąga tłumy podróżników. Jest to wielopiętrowy budynek z dziedzińcem w środku, który jest centrum życia towarzyskiego schroniska. Czego się tu nie robi. Ktoś pisze pamiętnik, ktoś poznaje swoją nową miłość a inny znowu pierze skarpetki. Ponieważ większość gości to przybysze z ościennych krajów, głośno dyskutuje się tu na różne tematy do późnych godzin nocnych. Tylko miła właścicielka czasem przechodzi i przypomina wszystkim, że chyba powinni się już położyć spać. Jak na wyjątkowe miejsce przystało wyjątkowe są też tu pokoje. Każdy z nich ozdobiony jest szczególnymi malunkami. Są one wyrazem lewicowych poglądów latynoskich obieżyświatów. Niech żyje Che, niech żyje rewolucja, precz z Bushem, to do znudzenia powtarzające się motywy ściennych deklaracji. Ale nie brakuje też tu filozoficznych wynurzeń, czy wyznań miłosnych.

La Paz i co dalej?

Grzechem byłoby odwiedzając stolicę nie zapuścić się poza jej granice aby odkryć to, co skrywają otaczające ją wzgórza. Do największych atrakcji należą: Księżycowa Dolina i rowerowy rajd po najniebezpieczniejszej trasie świata – wężu wijącym się nad przepaścią.
Warto spędzić w La Paz i okolicach co najmniej tydzień. Odnajdziemy tu magię i egzotykę, a jednocześnie nie będziemy się czuli jak w jakimś turystycznym rezerwacie, w jakie zamieniło się wiele miejsc, cieszących się popularnością wśród podróżników. W La Paz życie toczy się swoim własnym rytmem, a turysta jest tylko skromnym i mało znaczącym do niego dodatkiem

Globtroter - "Republika Indian Kuna Yala. San Blas"



Tam, gdzie zaczyna się przygoda

Malutki port w Poblacion Miramar pogrążony jest jeszcze w mrokach nocy. Na stateczku Rica Mar zaczyna się jednak ruch. Indianie Kuna krzątają się po pokładzie, spłukują zimną wodą resztki snu z twarzy, myją zęby, plując za burtę. A my czujemy, że wraz ze wschodzącym leniwie słońcem, zaczyna się prawdziwa przygoda.
Do Poblacion dotarliśmy dnia poprzedniego. Jedzie się tutaj trzy godziny autobusem z Colon, wzdłuż karaibskiego wybrzeża Panamy, mijając po drodze kolorowe miasteczka, zupełnie niczym wyrwane z bajki, opowiadanej dzieciom na dobranoc – Portobelo, Nombre de Dios, Palenque. W Miramar przy odrobinie szczęścia można znaleźć stateczek miejscowych handlarzy, płynący w stronę Comarca de San Blas. My trafiliśmy na barkę transportującą na wyspy coca-colę. Kapitan za 15 dolarów od osoby zgodził się nas zabrać.
Siedzimy na rozłożonej nad maszynownią czarnej plandece, która wkrótce będzie parzyła, rozgrzana porannym słońcem. Jeden z marynarzy Gabriel opowiada nam o wyspach, które będziemy mijać po drodze. Rica Mar płynie aż do kolumbijskiej granicy, miniemy ich więc całkiem sporo. Będziemy mogli wysiąść na tej, która najbardziej nam się spodoba.

Kto się boi Indian Kuna

Kuna lubią mówić, że mają po jednej wyspie na każdy dzień roku. W rzeczywistości jest ich więcej. Z ponad 300 wysp, jednak tylko czterdzieści parę zamieszkują ludzie. I to dopiero od niespełna 200 lat. Wcześniej Indianie mieszkali na lądzie, około roku 1830 rozpoczęła się masowa, do dziś nie wyjaśniona migracja na wyspy. Comarca de San Blas liczy 3, 206 kilometrów kwadratowych i nie wchodzi w skład żadnej z dziewięciu prowincji panamskich. Nazwę taką nadali temu regionowi Hiszpanie, miejscowi używają określenia Kuna Yala. Archipelag stanowi oddzielny, rządzący się własnymi prawami organizm. Zamieszkuje go ponad 36 tysięcy Indian. Posługują się oni swoim własnym językiem, ale większość zna również hiszpański.
Już od XVI wieku Indianie musieli nieustannie walczyć o zachowanie niezależności. Jednak dzięki swojej odwadze i determinacji, obcym najeźdźcom nigdy do końca nie udało ich się sobie podporządkować. Już na początku XIX wieku władze hiszpańskiej kolonii Nowej Granady przyznały im samodzielność. W 1925 roku San Blas, wspierane przez rząd Stanów Zjednoczonych, ogłosiło niepodległość jako Republika Tule. Republika przetrwała zaledwie kilka dni. Jednak aż po dziś dzień tamte wydarzenia Kuna określają dumnym mianem Revolucion. Wskutek wieloletnich negocjacji, toczących się zarówno przed epizodem z ogłoszeniem niepodległości, jak i potem, rząd Panamy uznał San Blas za autonomiczną część kraju. Kuna otrzymali prawa własności wysp i wybrzeża. Nikt bez ich zgody nie może się tutaj osiedlać, ani nabywać gruntów. Próbę taką podjął swego czasu John Wayne, który zamarzył sobie wejść w posiadanie jednej z tych bajkowych wysepek. Mimo poparcia władz Panamy, nic z tego jednak nie wyszło. Kuna skutecznie bronią w ten sposób swojego terytorium, a co za tym idzie – swojej unikalnej kultury.
Ich bracia z lądu – z porośniętej niezmierzoną dżunglą prowincji Darien są jeszcze mniej gościnni. Czarne, mrożące krew w żyłach legendy o tym, jak traktują przybyszów z zewnątrz można znaleźć w niejednej książce, między innymi w „Gringo wśród dzikich plemion” Cejrowskiego.
Mając jako żywe w pamięci te straszne opowieści obawialiśmy się nieco jacy będą Indianie z wysp. Były to jednak obawy jak najbardziej nieuzasadnione. San Blas jest miejscem udostępnionym dla turystów już od roku 1938. Indianie traktują przybyszów z zewnątrz przede wszystkim jako źródło dochodu. Ale nie tylko. Gabriel, siedząc koło nas już od dłuższego czasu miło z nami rozmawia, a marynarz odpowiedzialny za gotowanie właśnie przyniósł nam po misce ryżu z kokosem i świeżo złowioną rybą (najpopularniejsza tutaj potrawa). Bardziej niż zapłaconymi przez nas 30 dolarami, należy to chyba jednak tłumaczyć zwykłą gościnnością i sympatią jaką obdarzyli nas ci ludzie. Na pewno tych Indian Kuna nie należy się bać!

Porvenir. Brama do Królestwa San Blas

Po paru godzinach na horyzoncie pojawia się pierwsza wyspa. Jest niczym z katalogu – bielutki piasek, kokosowe palmy, wokoło turkusowa woda. To Porvenir – stolica i jednocześnie „brama wjazdowa” do Comarki. Tutaj musi zatrzymać się i przedstawić dokumenty każdy statek. Tutaj też przylatują samoloty z turystami. Na Porvenir znajduje się lotnisko, hotel i siedziba Gwardii Narodowej. Wojsko (składające się zresztą w 100 procentach z Indian Kuna) nie ingeruje praktycznie w wewnętrzne sprawy wysp. W orbicie ich zainteresowań znajdują się jedynie przestępstwa wyższego kalibru, a przede wszystkim, przebiegający tędy z Kolumbii przemyt narkotyków.
Na większości wysp nie ma jednak ani wojskowych, ani policji. O porządek dbają lokalne władze. San Blas mają własny kongres, który za pomocą trzech kacyków reprezentuje Archipelag przed panamskim rządem. Oprócz tego każda wyspa ma swoją radę, ze stojącym na jej czele sahilą wybieranym spośród ludzi o największej wiedzy i doświadczeniu.

Carti. Hard Rock po indiańsku

Porvenir, oprócz bajkowej plaży niewiele ma do zaoferowania. Dopiero kolejna z wysp – Carti oczarowuje nas swoją egzotyką. Już port pełen jest indiańskich kobiet, ubranych w swoje przepiękne kolorowe stroje. Ręce do łokcia, oraz łydki mają oplecione obręczami z malutkich różnobarwnych koralików. Ten zwyczaj ma zapewnić ładny, szczupły wygląd kończyn miejscowych niewiast. Na głowach czerwone chusty, na twarzach makijaż – pomalowane policzki (mazią, która oprócz zapewnienia walorów estetycznych, ma również chronić przed słońcem), czasem czarne kreski ciągnące się od czoła, aż po czubek nosa. Długie spódnice i bluzki – czasem ozdobione z przodu molas - wyhaftowanymi rysunkami przedstawiającymi motywy zwierzęce, roślinne lub jakieś geometryczne abstrakcje. Przybijamy do brzegu, aby nasi marynarze dobić mogli targu z miejscowymi sklepikarzami. Wykorzystujemy ten czas na spacer po wyspie. Carti jest niesamowicie przeludnione. Kuna tłumnie przemieszczają się wąskimi uliczkami, przy których jeden przy drugim stoją pokryte palmowymi liśćmi domy z bambusa. Linia brzegowa wygląda zupełnie niczym usypana ze śmieci. Woda zmuszona jest pochłonąć to wszystko, co ze swoich domostw wydalają Indianie. I są to nie tylko śmieci… Od brzegu, w niewielkich odstępach odchodzą mola długości kilku metrów. Na końcu każdego umieszczona jest… sławojka sklecona z bambusowych żerdzi. Potrzeby fizjologiczne załatwia się tutaj w ciszy i samotności, zakłócanej jedynie szumem fal.
W jednej z chat mieści się… Hard Rock Cafe. Świadczy to o tym, jak bardzo turystyczna jest ta wyspa. Dla miejscowych kobiet jesteśmy przede wszystkim potencjalnymi klientami. Na nasz widok wyskakują by zaprezentować swoje molas. Te okazy ludowego arcydzieła można tutaj kupić już za kilka dolarów. W Panama City ich ceny znacznie podskakują, żeby zagranicą osiągnąć kilka lub nawet kilkunasto-krotność kwoty padającej z indiańskich ust a wyspach.

Nargana. Cywilizacja pożera tradycję

Płyniemy, mijając setki bajkowych bezludnych wysepek, porozsypywanych na wodzie niczym zielone paciorki. Po kolejnych kilku godzinach dopływamy do dwóch wysp połączonych długim mostem. To Nargana i Corazon de Jesus. Już na pierwszy rzut oka wyspy te wyglądają zupełnie inaczej od poprzednich. Nad murowanymi w większości domami góruje wieża kościoła. Większość budynków znajduję się w opłakanym stanie. Tylko nieliczne kobiety mają na sobie tradycyjne stroje. Młode dziewczęta przyodziane są w mini spódniczki i bluzki na ramiączkach. Na twarzach makijaż. Bynajmniej nie indiański. Znajduje się tutaj również siedziba Gwardii Narodowej, bank oraz więzienie. Szczególnie to ostatnie budzi naszą ciekawość. Niejeden więzień na świecie marzyłby o takiej scenerii do „odsiadki”. Skazani pod czujnym okiem uzbrojonych strażników grają w piłkę na boisku położonym nad samym morzem, zamiast drutów kolczastych otoczonym kilkoma kępkami palm kokosowych.
Nargana to znak docierającej w coraz większym stopniu na Comarcę cywilizacji. Jest niczym złowieszcza wróżba, która przestrzega co może stać się z całym Archipelagiem San Blas za kilka lat, jeśli w pogoni za nowoczesnością zatraci swoją tradycję i tożsamość.

Tigre. Pomarańcze dla sahili


Od Nargany dzieli nas już tylko pół godziny do wyspy, na której zdecydujemy się zostać. Tigre łączy w sobie wszystko, czego szukaliśmy – indiańską egzotykę i piękne plaże. Stawiając pierwsze kroki po wyspie, na której przyjdzie nam spędzić parę następnych dni, przychodzi nam do głowy, że muszą nią zarządzać bardzo mądre władze. Przede wszystkim nigdzie nie widać walających się po piasku śmieci, obok domów panuje względny porządek. Ulice są szerokie i czyste. Poza tym na Tigre został wydzielony specjalny teren dla turystów, gdzie nie ma zanieczyszczających wodę przybrzeżnych sławojek. Jest za to piaszczysta plaża, palmy i cabanie z bambusa, w których można rozwiesić hamak. Jest również olbrzymia przestrzeń do rozbicia namiotu.
Zanim jednak rozbijemy namiot musimy udać się do siedziby kongresu i poprosić o zgodę na pozostanie na wyspie. Czujemy się tym nieco podenerwowani. Wchodzimy do największej w wiosce chaty, gdzie zastajemy dwóch staruszków – jeden siedzi na krześle, drugi leży na hamaku. Ten w hamaku to sahila. Przedstawiamy im pokrótce cel naszej wizyty. Wręczamy po pomarańczy (których zabraliśmy z Poblacion Miramar cały worek). Sahila kiwa z aprobatą głową i bez zbędnych ceregieli wydaje zgodę na nasz pobyt. Pozwala nam nawet na zamieszkanie poza strefą turystyczną, jeśli znajdziemy taką możliwość. Doprawdy nie było się czego obawiać.
My jednak udajemy się w stronę zona turistica, bo tam plaża jest najpiękniejsza. Czujne kobiety wyskakują z domostw, prezentując swoje molas. Zaciekawione dzieciaki podążają za nami aż na kraniec wioski. Skaczą. Wołają Hola! Zbierają z ziemi, wysypujące się przez dziurę w naszym worze pomarańcze.

Opowieści albinosa Nestora


Wieczorem zamawiamy w barze po zimnym piwie. Siadamy przy jednym stoliku z mężczyzną o wypłowiałych jasnych włosach i pergaminowej, zaczerwienionej od słońca skórze. Zaczynamy rozmowę.
Pan tutaj na wakacjach?- pytamy naiwnie. On, uśmiechając się w sposób, jaki jest zazwyczaj reakcją na palniętą przez kogoś gafę, wynikającą z niewiedzy, odpowiada – Tak. Przyjeżdżam tutaj średnio raz na dwa miesiące.. – Po czym mrugając do nas niebieskimi, zezującymi oczami dodaje – Pochodzę stąd. Jestem Kuna.
W ten sposób poznajemy albinosa Nestora. Pracuje on jako nauczyciel w Panama City. Dzięki niemu będziemy mogli trochę lepiej poznać San Blas i kulturę Indian Kuna. Nestor nie jest na wyspach żadnym ewenementem. Albinosi stanowią niespełna 2% ludzi na świecie, na Comarce występują dużo częściej. Mniej więcej co 50 Indianin ma białą skórę i włosy. Nazywani są „księżycowymi dziećmi”, ze względu na udział bogini księżyca w ich poczęciu i narodzeniu. W rzeczywistości na tak dużą częstotliwość ich występowania wpływ mają - oprócz bogini - związki o zabarwieniu kazirodczym. Jest to spowodowane małą wymianą pomiędzy poszczególnymi społecznościami. Miejscowi uważają albinosów za wyjątkowo mądrych. Z tego względu otaczani są dużym szacunkiem i często pełnią jakieś ważne funkcje. Wkrótce będziemy mieli okazję się przekonać, że na Tigre szaman jest albinosem. Nestor również jest traktowany przez mieszkańców z dużą estymą.
Nasz nowy przyjaciel opowiada nam o porządku panującym na wyspie. Kongres pod przewodnictwem sahili zbiera się tutaj codziennie, z wyjątkiem piątku, który jest dniem tańca i niedzieli, która jest dniem odpoczynku. W sobotę odbywa się najważniejsze zebranie, w którym każdy mężczyzna powinien uczestniczyć. Może jednak przesłać przez żonę usprawiedliwienie, np. Nie mogę przybyć. Wypłynąłem na ryby. Kongres wydaje dyrektywy dotyczące wszystkich istotnych dla wyspy spraw. Może ogłosić dyrektywę generalną, lub skierować ją do konkretnej osoby, np. do Juana, żeby sprzątnął swoje obejście.
Jednym z największych problemów, dotykających nie tylko Tigre, ale cały Archipelag są narkotyki. Na każdym kroku można spotkać na ulicy tabliczki Narkotyki zabijają, Narkotyki niszczą rodzinę, Uprawiaj sport zamiast brać, itd., itd. Nestor tłumaczy nam jaka jest tego przyczyna. Po pierwsze na San Blas nie ma zbyt wielu możliwości zarobku. Można łowić ryby albo droższe langusty, zaciągnąć się na statek, zarabiać na turystach, wyjechać do Ciudad Panama albo... zająć się handlem narkotykami. Niektórzy wchodzą w poważny biznes narkotykowy, pomagając kolumbijskim statkom w przemycie, inni ocierają się o niego w sposób bardziej... przypadkowy. Niektórzy Kuna w czasie połowów znajdują wyrzucone przez kolumbijskie kutry paczki (pozostawione tam po odbywającym się na wyspie przeładunku, ze względu na brak miejsca, albo z obawy przed kontrolą). W paczkach są narkotyki. Dla zarobku rybacy zaczynają rozprowadzać je we własnych społecznościach. I koło się nakręca.

Chicha, czyli jak upija się cała wyspa


Do jednej z ciekawszych tradycji miejscowej ludności należy Chicha, święto urządzane przez rodziców z okazji pierwszej miesiączki swojej córki. Nazwę swą bierze od napoju znanego nie tylko w Panamie ale także w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, zwanego właśnie chichą. Chichę przygotowuje się z kukurydzy, wlewa do dzbanów, gdzie poddana zostaje procesowi fermentacji. W smaku napój ten przypomina kiepskiej jakości wino owocowe. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że Chicha miała miejsce w trakcie naszego pobytu na Tigre.
Kiedy już chicha jest gotowa cała wioska zbiera się w dużej chacie. Bohaterką ceremonii jest dziewczyna, która właśnie stała się kobietą. Niestety jej rola w całej zabawie jest najmniej przyjemna. Musi stać w otoczeniu rodziców w centralnym punkcie zgromadzenia i trzymać w ręku wazę pełną sfermentowanego napoju kukurydzianego i oczywiście serwować go coraz to bardziej upitym gościom. Nieszczęśliwa mina dziewczynki wskazuje, że chyba nienajlepiej czuje się w tej roli. Na dodatek całe jej ciało pomalowane jest na kolor czarny, co powinno chronić ją przed złymi duchami.
Zabawa rozkręca się na dobre. Indianie ustawiają się w kolejce po swoją porcję chichy, a gdy ona się kończy, pojawia się piwo i inne alkohole. Rodzice dziewczynki zadbali o to, żeby z tej imprezy nikt nie wyszedł trzeźwy. I chyba też nikt nie ma takiego zamiaru. Na początku jeszcze wszyscy mają siłę tańczyć. Słychać dźwięki tradycyjnej muzyki Kuna. Mężczyźni i kobiety ustawieni naprzeciw siebie podskakują w rytm wygrywanej na fletopodobnym instrumencie melodii. W modzie są jednak też piosenki latynoskie, dlatego po tradycyjnym początku, słyszymy znajomy głos Shakiry. Alkohol miesza się z dymem papierosów marki Elephant o zielonych filtrach, które palą dosłownie wszyscy. Z ust co poniektórych kobiet zwisają też fajki. Te na co dzień milczące niewiasty, ożywiały się dotąd tylko wtedy, gdy chciały nam sprzedać coś ze swojego rękodzieła. Teraz alkohol otworzył im język. Padają pytania. Każda chce zrobić sobie z nami zdjęcie. Obejmują nas przyjaźnie. Całują, dają papierosy. Czasem pochylają się aby zwymiotować, po czym piją dalej. Stare i młode. Niektórzy nie wytrzymują. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy starych kobiet pijących na umór. Właśnie jedna z nich pada na ziemię. Dzisiaj już nie wstanie, więc ci mniej pijani łapią ją za nogi i wynoszą do jej własnej chaty.
Dla młodych Indianek Chicha jest momentem przełomowym, wkraczają w dorosłe życie i od tej pory mogą już wyjść za mąż. W społeczności Kuna poślubienie 12, 13 letniej dziewczyny jest rzeczą zupełnie normalną. Od tego czasu też zmienia się wygląd każdej niewiasty. Przestaje się nosić po europejsku, a przywdziewa tradycyjny indiański strój. Niestety znacznie skracane są wtedy jej piękne, gęste włosy. Z czasem w jej otworach nosowych pojawi się dodatkowo olbrzymi złoty pierścień. Bo czym więcej złota na ciele kobiety, tym większym cieszy się szacunkiem w społeczności. Pozycja kobiet Kuna jest całkiem dobra. Odgrywają one ważną rolę w swojej społeczności, a przyjście na świat dziewczynki jest dobrym znakiem dla pomyślności całego domostwa, bowiem to ona ze swoim mężem zostanie przy rodzinie i przyniesionym na świat potomstwem wzmocni jej siłę, wzbogacając ją o nowe ręce do pracy.

Cmentarz, czyli spotkanie z duchami przodków

Wyspa Tirgre, jak i wiele wysp archipelagu znajduje się bardzo blisko stałego lądu, porośniętego dziką dżunglą, która razem z pasmami górskim stanowi naturalną zaporę przed cywilizacją wdzierającą się na terytoria Kuna od strony wnętrza kontynentu. Na granicy prowincji toczy się niewypowiedziana wojna osadników, łakomie zerkających na nowe połacie nieuprawianej ziemi, z Indianami. Często padają ofiary śmiertelne i to po obu stronach. Na szczęście my znajdujemy się daleko od konfliktowych terenów i możemy spokojnie udać się na ląd, by obejrzeć miejscowy cmentarz. Zanim tam dotrzemy czeka nas jednak krótka przeprawa przez morze, pełne rekinów. A łódki Indian Kuna są tak niestabilne, że wystarczy jeden fałszywy ruch a można znaleźć się w wodzie. Na szczęście bez większych przygód przeprawiamy się przez wielką wodę. Tutaj czekają na nas komary, nieobecne na wyspie i zaczynają zbierać swoje bezlitosne żniwo. Nie możemy się od nich opędzić, a niestety nie braliśmy żadnych środków przeciwko malarii. Wreszcie docieramy do celu podróży. Na małym skrawków ziemi wielkości może 0,5 hektara pochowani są zmarli członkowie społeczności Tigre. Każdy ma tutaj swój mały kopiec usypany z ziemi i przykryty daszkiem, tak aby deszcze go nie zniszczyły. Ciekawostką są przedmioty umieszczone na stoliku, potrzebne zmarłemu w jego życiu po śmierci. A więc jest tu kubek, talerz a nawet szczoteczka do zębów, a na grobach dziecięcych zabawki. Na żadnym nie brakuję miniaturki tradycyjnej łodzi, potrzebnej zmarłemu do przemieszczanie się po niebiańskich wodach i łowieniu w niej tamtejszych ryb.
Dzieci które przyprowadziły nas na cmentarz zwracają nam uwagę, żebyśmy patrzyli pod nogi. Według lokalnych wierzeń, kto się tutaj przewróci, czeka go rychła śmierć. Z pewną ulgą wracamy z cmentarza na wijącą się w stronę brzegu ścieżkę. Na niej spotykamy kolejnego albinosa, który jest lokalnym szamanem i zbierał właśnie zioła niezbędne mu do jego lekarskich praktyk. Wykorzystujemy ten przypadek aby dowiedzieć się nieco więcej o wierzeniach mieszkańców wysp. Okazuje się, że jednym z najważniejszych elementów medycznej działalności szamana jest nawiązywanie kontaktów z demonami i próba naprawienia wyrządzanego przez nich zła. Demony te oddziaływają bezpośrednio na duszę każdego człowieka, powodując jego chorobę. A demony, tak jak i wszystko co się znajduje na świecie zostało stworzone przez boga. Ale kim jest ten bóg – pytamy? Jest on, jak i w wierzeniach innych plemion oraz podobnie, jak u chrześcijan wielkim wszechmocnym Stwórcą Nieba i Ziemi. Czczony przez nich i zwany Pabasaila jest stwórcą Olotilisobi - czyli Matki Ziemi, znanej wśród Inków jako Pachamama. Według tych wierzeń pierwsi ludzie zostali zesłani na ziemię w okolicach świętej góry Takaruna, znajdującej się w pobliżu dzisiejszej, niedostępnej dla wielu granicy panamsko-kolumbijskiej, na której współcześni Indianie Kuna mieszają się z przemytnikami i odpoczywającą po walce stoczonej po drugiej stronie granicy z kolumbijską guerillą. To istne piekło na ziemi istnieje także w ich religii. Tylko znajduje się pod jej powierzchnią i składa z ośmiu warstw. Wszystkie duchy zmarłych muszą przejść do czwartej warstwy piekła, gdzie od Bili Baki, wodza wszystkich demonów, otrzymują zezwolenie na dalszą wędrówkę do nieba. Mimo pewnych różnic religia Indian Kuna jest tak podobna do chrześcijańskiej, że dzieci w szkole, która znajduję się na prawie każdej wyspie, także na Tigre, nie potrafią rozróżnić jednego wierzenia od drugiego i długo zastanawiają się, czy to co usłyszały, pochodzi od szkolnego katechety, czy może od miejscowego szamana.

Podsumowanie – czyli próba odpowiedzi na pytanie czy świat Indian Kuna nie zginie.

Dane nam było poznać kawałek niesamowitego zakątka ziemi, zamieszkałego przez dumnych Indian, których terytorium tak naprawdę nigdy nie zostało opanowane przez białego człowieka. Do dziś przez swe mądre prawa bronią swojej ziemi, nie pozwalając obcym na kupowanie tych bajecznie pięknych wysepek. W ich przypadku to jedyna droga do zachowania własnej kultury i tożsamości. Cywilizacja wdziera się jednak na wyspy z każdej strony. Swój pochód rozpoczęła wraz z pojawiającymi się tutaj na początku XX wieku misjonarzami. Później przybrała postać przywożonych przez handlarzy butelek coca-coli, bez których trudno sobie dzisiaj wyobrazić miejscowy sklepik. Od pewnego czasu wkracza w indiańskie życie poprzez biały proszek przywożony przez kolumbijskich przemytników, będący przyczyną wielu uzależnień. Stąd też obok tradycyjnych chatek na Tigre spotykamy na każdym kroku tabliczki – Nie bierz narkotyków – one zabijają. Napisane po hiszpańsku, są one adresowane do ludzi młodych. Wielu starszych mieszkańców wyspy nie byłoby nawet ich w stanie zrozumieć, bo całe swoje życie posługują się jedynie lokalnym narzeczem.
Tym zagrożeniem jest także AIDS, który zapukał do bram prowincji Kuna Yala. Jest nim również migracja młodych w poszukiwaniu lepszego życia do Panama City. Rzadko wracają potem na swoje wyspy, szybko zapominając języka ojczystego. Kolejnym zagrożeniem jest turystyka, która obok olbrzymich korzyści może spowodować zmianę zachowań mieszkańców, przez przyjmowanie stylu życia przybyszów i porzucanie tradycji ojców. Miejmy jednak nadzieję, że wykazywana do tej pory mądrość przywódców lokalnej społeczności, w obronie niezależności prowincji, tradycji i kultury sprawi, że jeszcze przez wiele lat będziemy się cieszyć jej obecnością na naszej planecie. Kuna Yala, to w miejscowym języku – Ziemia Kuna. Trzeba wierzyć, że jeszcze na długo taką pozostanie.