Sunday, March 28, 2010

Piechotą na Machu Picchu


Znane są dwa sposoby dotarcia do ukrytego w Andach inkaskiego miasta – można to zrobić albo pokonując na piechotę 45 kilometrowy Inca Trail, co zajmuje cztery dni i około 400 dolarów (od 2001 można przebyć ten szlak tylko z licencjonowanym przewodnikiem), albo jadąc pociągiem - z Cuzco lub z Ollantaytambo. Inca Trail przerasta nasze możliwości finansowe, a jednocześnie nie chcemy dotrzeć do legendarnego miejsca turystycznym pociągiem i siedząc wygodnie obserwować dolinę świętej rzeki Urubamby, w której inkascy biegacze moczyli strudzone długą wędrówką stopy.

Jest rozwiązanie. Można pójść 28 kilometrów torami kolejowymi. W Ollantaytambo spotykamy Szwajcarów, którzy zachęcają nas by iść tą drogą w dzień.
- Dużo ludzi się na to decyduje? – pytamy nieco niepewni.
- Najczęściej są to Argentinos sin dinero (Argentyńczycy bez pieniędzy).
Słuchamy jeszcze rad jak ominąć strażników i uniknąć zderzenia z pociągiem i podejmujemy decyzję, że z samego rana wyruszymy.

Zabiorę cię na koniec świata

By rozpocząć wędrówkę należy udać się busikiem (colectivo) z Ollantaytambo do ostatniej miejscowości, do której dochodzi droga, dalej w andyjską dolinę wgryzają się już tylko tory kolejowe. Jest to tak zwany „kilometr 82” (odległość liczona od Cuzco). Cel podróży - Aguas Calientes znajduje się na kilometrze 110. Z kilometra 82 można rozpocząć Inca Trail. My jednak udajemy się w stronę „Inca Trail alternatywnego”. My tzn. ja, mój nieodłączny brat oraz… poznany w colectivo najprawdziwszy Argentino sin dinero… Pamiętając opowieści Szwajcarów, wybuchamy śmiechem, kiedy przedstawia nam się jako Juan Martin z Argentyny. Ma dredy, wyciągniętą zieloną koszulkę, na szyi parę korali z pestek, w ręce tykwę z mate. W ten sposób Juan staje się naszym towarzyszem podróży na najbliższe dwa dni.
Oblegają nas zaciekawione dzieciaki z wioski.

- Tamtędy nie przejdziecie, stoi strażnik i nikogo nie puszcza, to zabronione. My wam wskażemy inną drogę, żebyście mogli obejść kontrolę – przekrzykują się.
Najwytrwalszy z chłopców jedzie za nami na rowerze.
- Idziecie na Machu Picchu? - pyta.
- Idziemy na koniec świata, bracie. Chcesz się z nami zabrać, zupełnie za darmo? - odpowiada Argentyńczyk.
Zostawiamy chłopca z rozdziawioną buzią i kontynuujemy marsz torami. Żadnej kontroli nie ma. Jest niedziela, strażnicy odpoczywają. Mamy szczęście.

Po torze kolejowym wkraczamy w samo serce gór, powalających swoją wielkością. Czujemy się tacy malutcy. Czasem przed nami wyłania się monumentalna górska ściana, aż się przez chwilę wydaje, że przejścia dalej nie ma. Po lewej stronie płynie Urubamba. Kotłuje się na żółto-brązowo, za każdym razem, kiedy uderza o kamienie i skały. Gdy się w nią wpatrzysz aż dreszcz przechodzi przez ciało. Wpadniesz do tej rzeki i już na wieczność zamieszkasz w świętej dolinie Inków.

Pod stopami kamienie, przez 28 kilometrów. Czasem można zejść z torów, bo po jednej lub drugiej stronie wije się wąska ścieżka. Niebezpieczne są tunele wyryte w skałach. Jest ich kilka na trasie, na szczęście nie są długie. Można przebiec je w mniej niż minutę.

Zaczyna padać deszcz. Pod daszkiem czyjegoś domku robimy sobie przerwę. Dla tych, których w połowie drogi do Aguas Calientes zastanie noc i nie będą chcieli kontynuować podróży ważne jest, że na 95 kilometrze jest drewniana chatka, w której można się skryć. Chatkę jednak odkryjemy za godzinę, na razie pod gościnnym daszkiem zjadamy lekki posiłek. Juan częstuje nas mate de coca. Kroimy słony, biały ser w grube plastry, rozsmarowujemy na chlebie zielone awokado, zagryzamy ogórkiem i pomidorem. Ruszamy dalej. Robi się ciemno. Łaskawy nam księżyc świeci jednak tak mocno, że widzimy drogę.

O godzinie 20.30 dochodzimy do Aguas Calientes. W sumie marsz wraz z przerwami trwał osiem godzin. Mamy wrażenie, że naprawdę doszliśmy na koniec świata. Ostatkiem sił znajdujemy w tej małej, bardzo turystycznej miejscowości hotel za równowartość 10 zł od osoby. Jutro Machu Picchu.

Rozgarniając chmury


Z miasteczka do ruin jest 8 kilometrów. Można pojechać autobusem lub iść na piechotę. Wybieramy drugą opcję i już po kilku minutach marszu ostro pod górę, do tego w deszczu, przeklinamy pod nosem. Zmęczeni i wściekli na pogodę po dwóch godzinach siadamy w końcu na ławce przed wejściem. Jest 8.00. Na szczęście wszechświat, jakby to powiedział Juan, jednak jest po naszej stronie, bo z nieba przestaje lać się woda i powoli się rozjaśnia. Wchodzimy!
W kronikach hiszpańskich konkwistadorów nie ma słowa o Machu Picchu. Według jednej z hipotez było to miejsce pobytu świętych dziewic Słońca. Według innej, bardziej prawdopodobnej mieściła się tu jedna z rezydencji władcy Inków. Prawdopodobnie w momencie najazdu Pizarro na Cuzco w 1533 r., została ona porzucona. Trudno nam sobie wyobrazić, żeby w tamtych czasach ktoś mógł ją zdobyć. Sami dotarliśmy tu z takim trudem.

Wspinamy się także na Wayna Picchu (w języku keczua oznacza to „młody szczyt”) – stromą górę wznosząca się nad ruinami. Ze szczytu widać po lewej stronie ciągnącą się po górskim grzbiecie serpentynami drogę (ośmiokilometrowy wąż z Aguas Calientes, który pokonaliśmy rano), a po prawej Machu Picchu tak malutkie, że aż trudno dostrzec rozlane po ruinach mrowisko turystów. Jeśli się dobrze przyjrzeć to inkaskie miasto ma kształt ptaka z rozłożonymi skrzydłami. Rozkładamy się na skałach, głowę trzymając prawie, że w chmurach. Bliżej już Boga Słońca być nie można.

Thursday, August 10, 2006

Stosunki Międzynarodowe - "Kuba - Czekamy na naszego Wałęsę"



Aleksandra i Marcin Plewka odbyli podróż po Kubie w październiku 2005 roku. Przemieszczali się autostopem, jadali w punktach, gdzie sprzedają produkty za miejscową walutę, sypiali u ludzi, czasem nielegalnie, starali się poznać życie zwykłych mieszkańców wyspy. Interesowała ich odpowiedź na wiele pytań. Jaka jest Kuba doświadczona wieloletnią komunistyczna dyktaturą? Co tak naprawdę myśli o swoim życiu przeciętny poddany Fidela? Jak Kubańczycy postrzegają Polskę - kraj wyzwolony już z władzy proletariatu?

Kraj, w którym zatrzymał się czas

Hawana. Cale życie słyszysz cos o Kubie, czytasz o Kubie, oglądasz zdjęcia. Masz wyryty w pamięci obraz Brodacza i Che. Znasz na pamięć piosenki Buena Vista. I nagle widzisz to wszystko na własne oczy! Nagle wjeżdżasz do owianego tysiącem legend magicznego miasta... i na każdym rogu czyhają na ciebie pierwsze slogany: „Hasta la victoria siempre”, ¨Viva la Revolution¨, ¨ „Socjalizm albo śmierć”. I podobizny Che. Jest też Fidel. Co dalej... amerykańskie samochody, pamiętające jeszcze początki Zimnej Wojny...i oczywiście budynki. Te pierwsze sprawiają wrażenie jakby stały unieruchomione przez dziesięciolecia. Mają szyby zabite deskami lub papą, jakby nieruszane od czasu, kiedy w pośpiechu zostawił je tu ich ostatni właściciel. Te drugie, kolorowe, bogato zdobione, będące świadectwem zapomnianej już dawno epoki intensywnego kolonialnego rozwoju. Miasto Hemingwaya sypie się. Wygląda jak jeden wielki slums, który może jeszcze wczoraj przeżył nalot wrogich bombowców. Ale tu nic takiego się nie wydarzyło. Ruiny domów nad morską promenada, to efekt działania czasem gorszego niż 100 nalotów. To komunizm niszczący nie tylko ludzkie umysły, ale nielitujący się także nad przepięknymi zabytkami. To także zemsta Castro, który nigdy Hawany nie pokochał i na pastwę losu pozostawił ukradzione wcześniej dawnym właścicielom budynki. Dopiero parę lat temu, gdy ruszył turystyczny boom wyremontowano najbardziej reprezentacyjną część Starówki.

Na Kubie istnieją równolegle dwie waluty - peso cubano i convertible. Co za tym idzie, obok siebie egzystują tak naprawdę 2 światy. Świat waluty narodowej - czyli sklepów na kartki, które tu na Kubie są książeczkami, w których notowane są limitowane zakupy podstawowych produktów, oraz małych budek, lub tak brudnych barów, jakich nawet Polska Ludowa nie widziała, z wiele obiecującym napisem OFERTA. W takich miejscach można jeść i pić za grosze. Peso convertible to prawie równowartość 1 euro, a jednocześnie 24 peso cubano. 6 peso cubano to 1 zloty. W ofercie można zazwyczaj znaleźć 2, 3 produkty. (Pizza, krokiety, jajecznica) Najeść się można już za równowartość 1 złotego. Popić można refresco - robionym najczęściej z guajawy - za około 1 peso, lub piwem za 6-10 peso. Na deser, jeśli się znajdzie można zjeść pastele - chrupiące rożki z marmoladą. Na tym kończy sie menu w kubańskiej walucie. Otwiera sie za to drugi, równoległy świat - świat peso convertible. W tym świecie ceny są często wyższe niż w Europie Zachodniej, ale kupić można wszystko. Ten świat przeznaczony jest dla turystów i tutaj za prosty posiłek zapłacimy równowartość 10 Euro. Ale nie jest tu tak, jak kiedyś u nas, gdzie istniały Pewexy, do których sporadycznie udawali się szczęśliwcy posiadający wymienialną walutę. Tutaj zachodnie sieci pobudowały olbrzymie supermarkety, w których zakupy robią tłumy ludzi, hojnie obdarowywanych przez wielomilionowa diasporę kubańska z Florydy, lub mających dostęp do intratnych biznesów w turystyce.
Obywatel powinien pojawić się także na wielogodzinnych przemówieniach swojego przywódcy. Mieszkańcy jednej z miejscowości wyznają, że nieobecność na takim zgromadzeniu karana jest przez wstrzymanie wypłaty części pensji.

Władza zadbała też oto, aby obcy przybysz z odległego kraju nie mógł zamieszkać w domu swoich kubańskich przyjaciół. Przyjmowanie cudzoziemców jest limitowane i tylko osoby posiadające licencje na prowadzenie tak zwanych casa particular, mogą odpłatnie gościć turystów, oddając jednocześnie Państwu znaczną część tych przychodów. Jakoś dziwnym trafem w tym przepięknym systemie równości społecznej, nigdy nie można spotkać Murzyna z pozwoleniem na prowadzenie hotelu. Komunizm to równość, oznaczająca prawo do ubóstwa dla wszystkich. Jednak na Kubie ta największa bieda ma kolor czarny.

Slumsy

Często za największy sukces systemu kubańskiego, podaje się to że w przeciwieństwie do innych krajów Ameryki Łacińskiej (takich jak Meksyk, Chile czy Brazylia), nie ma tu przepaści społecznych. Że wszyscy żyją może biednie, lecz godnie, na tym samym poziomie. Że nie ma tu skrajnej biedy, ani slumsów. Wystarczy wejść do jednej z kamienic, w samym centrum i powiedzieć to jednemu z mieszkańców, a roześmieje nam się w twarz. Nie trzeba zresztą tego mówić, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, żeby wiedzieć że jest to nieprawdą.

Fasady budynków naprzeciwko Kapitolu zostały ładnie odnowione. Pięknie prezentują się na zdjęciach, robionych masowo w tym punkcie przez turystów. Do środka przybyszom z innych krajów wchodzić już niewolno, ktoś kto by ich tam wprowadził mógłby mieć problemy z władzami. Brzydkie rzeczy lepiej chować pod dywan. Wnętrza kamienic, z których okien roztacza się widok na samo centrum Hawany, wyglądają bowiem strasznie. Ludzie stłoczeni są tutaj w malutkich mieszkankach bez kanalizacji. Na korytarzach znajdują się zbiorowe łazienki. Po wejściu do nich wykonuje się natychmiastowy w tył zwrot, bo trudno tam wytrzymać nawet chwilę. Kubańczycy wytrzymują – każdego dnia od wielu lat. Z rur ulatnia się gaz. Lepiej tu nie zasypiać, bo można się nie obudzić. Kubańczycy zasypiają, chociaż może niektórzy woleliby wcale już się nie budzić w tym smutnym świecie. Oglądając te mieszkania na myśl od razu przychodzi słowo SLUMSY. Ktoś, kto twierdzi że na Kubie żyje się godnie niech przyjedzie do Hawany i zajrzy do budynków znajdujących się w samym jej sercu. Ktoś, kto twierdzi że na Kubie jest równość, niech uda się później do cas particular – domów wybranych szczęśliwców, którzy otrzymali rządową licencję.

Uciec, oby jak najdalej stąd


Vinales. Zachodnia część Kuby. Przepięknie położona miejscowość. Możesz tu przyjechać, żeby powędrować po górach i połazić po jaskiniach, ale możesz też przeżyć tutaj niezapomnianą noc w klubie salsy – jednym z najlepszych, jaki można spotkać na Kubie. Kupujesz butelkę rumu za dwa euro i możesz spędzić całą noc obserwując pary płonące w tańcu, albo sam w tańcu spłonąć. Kandydatek i kandydatów, chętnych do nauczenia cię salsy, bowiem tam nie brakuje. Wokół każdego cudzoziemca (-ki) znajduje się ich cały wianuszek. Nie, tym razem nie chodzi o naciągnięcie na drinka. Tutaj często rozgrywa się kwestia całego przyszłego losu poddanych Fidela. Sami chętnie postawią ci drinka za chwilę twojego zrozumienia i przyjaźni. Jesteś dla nich przede wszystkim obietnicą ucieczki. „Czy możesz załatwić mi zaproszenie do Polski? (Hiszpanii, Portugalii, Francji)”- tak często kończą się rozmowy z wieloma Kubańczykami. Zaproszenie do Europy to jednak jeszcze średnia gwarancja wyjazdu. Są dużo lepsze sposoby.
Mistrz salsy o pseudonimie „Turbo” umówił się z pewną Hiszpanką. Przyjeżdża tu za parę dni i zgodziła się zawrzeć z nim papierowe małżeństwo. Jego przyjaciel znalazł z kolei życzliwą Francuzkę, też niedługo ma się zjawić by stanąć z nim na ślubnym kobiercu. A kiedy już znajdą się w Europie chcą otworzyć szkołę salsy. Im jest łatwo. Są, młodzi, bardzo przystojni i cudownie tańczą. Trudno powiedzieć czy pomoc udzielana im ze strony europejskich dziewcząt kłaść na karb ich szlachetności, czy raczej tłumaczyć realizacją marzenia o posiadaniu za męża latynoskiego Casanovy.

Nie tylko ci kubańscy królewicze z bajki mają swój plan ucieczki, ma go prawie każdy. Jest to temat powracający we wszystkich rozmowach niczym bumerang. Po pierwsze Kubańczycy, zawsze prędzej czy później wspominają w rozmowach o jakiejś rodzinie za granicą (głównie oczywiście w Stanach), która im pomaga – na razie finansowo, ale wkrótce może pomoże im w wielkiej ucieczce.

Z klubu salsy, w którym właśnie dobiegła końca impreza wychodzą ludzie. Do jednego z turystów podchodzi czarnoskóra piękność i zaczyna sugerować, żeby udali się gdzieś razem. Rzuca odpowiednia cenę. Mężczyzna spogląda na nią i odpowiada, że nie jest w takim wieku, by musiał za to płacić, a poza tym to w ogóle nie jest tym zainteresowany. „Słuchaj – odpowiada dziewczyna – przecież to nie jest tak. Ja z przyjemnością bym się z tobą przespała nawet za darmo, ale mógłbyś przecież pomóc dziewczynie. Sam rozumiesz – mamy tu problemy ekonomiczne.”

Zmiany, zmiany towarzyszu


Najlepiej prawdziwe życie na wyspie można poznać przemieszczając się autostopem. Przy wyjeździe z każdego miasta stoi państwowy urzędnik w żółtym uniformie (wszyscy na niego mówią po prostu „żółty”, czyli „amarillo”), w ręku trzyma tabliczkę z napisem „PARE” (hiszp. stój) i zatrzymuje nią wszystkie państwowe samochody. Oczekujący dostają karteczkę z wypisanym celem swojej podróży oraz z numerem – np Hawana nr 15 – oznacza to, że jeszcze 14 innych osób jest przed nim w kolejce do „stopa” do tego właśnie miasta. Tak, nawet autostop na Kubie jest zinstytucjonalizowany. Zazwyczaj zatrzymywane są wielkie ciężarówki, na które pakuje się kilkanaście osób a i czasem zwierzęta. Dzieci, czy stare kobiety podróżują niejednokrotnie przykucnięte tuż obok związanych w workach świń. Olbrzymim plusem takiego niezbyt komfortowego podróżowania jest to, że Kubańczycy zaczynają ciebie traktować jak równego im. Nie jesteś już łowną zwierzyną, na której można zarobić krocie, ale kompanem jazdy, z którym można miło pogadać o życiu, poczęstować kanapką czy papierosem. Zatrzymywane przez amarillo są nie tylko wielkie ciężarówki, ale też samochody osobowe. To jednak zdarza się rzadko. Jeśli jednak ma się dużo szczęścia można trafić na bardzo ciekawych kierowców, nawet na przedstawicieli władz.

Wielu napotykanych Kubańczyków interesuje bardzo jak wygląda Polska po upadku komunizmu i przestawieniu się na kapitalistyczne tory. Pytają czy jest lepiej czy gorzej, jak wygląda szkolnictwo i lecznictwo, ile ludzie zarabiają itd. Ciekawi ich właściwie wszystko. Otwarcie krytykują też Fidela i narzekają na panującą biedę. Nie boją się mówić. Polskę postrzegają jako prekursora zmian, które być może któregoś dnia nastąpią także na Kubie. Kiedy Brodacz odejdzie… Teraz my czekamy na swojego Wałęsę – wybuchają często Kubańczycy, wymieniając nazwisko przywódcy Solidarności z pewną nabożnością w głosie. Dociekliwość ta jest również świadectwem tego, że niewielu mieszkańców kraju nieustającej rewolucji jest w pełni przekonana o tym, że komunizm to jedyny słuszny system, który przynosi największy dobrobyt. Zdaje się, że nawet Fidel Castro do końca w to nie wierzy. Przy jednej z dróg wznosi się potężny bilbord przedstawiający uśmiechnięte, radosne dzieci, bawiące się wśród kwiatków i ptaków oraz napis:

"Lepszy świat jest możliwy”- Fidel

Trudno odgadnąć intencje autora tego plakatu. Czy ma to być czarny humor, mający na celu pognębienie i tak wystarczająco już załamanych beznadzieją swojej sytuacji Kubańczyków, poprzez pokazanie im, że lepszy świat wprawdzie istnieje, ale jest dla nich nieosiągalny? Czy ma być to zachęta do ucieczki z kraju? Czy też może do wejścia na drogę zmian? Jeżeli tak, to kiedy miałby nastąpić te zmiany, przynoszące ze sobą lepszy świat? Chyba mało kto, łącznie z wodzem wierzy jeszcze, że jest on możliwy w ramach obecnie istniejącego systemu. A być może autor plakatu w przewrotny sposób, w socjalistycznej oprawie zawarł proroctwo, które już niedługo się sprawdzi? Po śmierci Fidela wszystko bowiem będzie możliwe. Spekulacji na temat tego, co się wtedy stanie jest wiele. Przede wszystkim ludzie obawiają się że wybuchnie zamęt, chaos, że przemoc z cała swoją, tłumioną przez lata siłą, rozleje się po kraju. Czy ludzie, którzy teraz jadą spokojnie obok siebie na brudnej pace ciężarówki nie rzucą się sobie do gardeł? Obecnie nawet pospolici złodzieje stali się odważniejsi i zaczynają masowo atakować turystów. A Kuba zawsze przecież cieszyła się opinią najbezpieczniejszego z krajów Ameryki Łacińskiej. Nie da się ukryć, że coś nad ta wyspą wisi w powietrzu i nie jest to duch rewolucji. Miejmy nadzieję, że to co przyjdzie, to będzie jednak rzeczywiście lepszy świat.

Wednesday, August 02, 2006

Globtroter - "Salwador. Z maczętą u pasa"




Do Salwadoru? – ale po co


„Jedziecie do Salwadoru? Po co, przecież tam jest niebezpiecznie i nie ma nic ciekawego.” – z takim stwierdzeniem spotykaliśmy się zazwyczaj, kiedy oznajmialiśmy napotykanym przez nas podróżnikom, do jakiego kraju mamy zamiar się wybrać. Rzeczywiście państwo to nie cieszy się wśród turystów zbyt wielkim powodzeniem. Gwatemala, czy niektóre regiony Hondurasu aż pękają w szwach od przybyszów z Ameryki Północnej czy Europy, podczas gdy Salwador nadal pozostaje w dużej mierze tierrą incognitą. Cóż, kraj ten okryty jest raczej złą sławą. Dziedzictwo wojny jest tutaj bowiem spore – wyniszczenie kraju (później dołożyły się do tego jeszcze klęski naturalne – jak potężne trzęsienie ziemi w 2001 roku czy chociażby ostatni huragan Stan) oraz powszechność posiadania broni przez obywateli. Salwador nie ma również takich światowej sławy atrakcji jak ruiny Majów w Tikalu (Gwatemala) czy Copanie (Honduras), które mogłyby przyciągnąć tłumy. Podróżowanie po miejscach nieturystycznych ma jednak swój olbrzymi urok – i dlatego między innymi zdecydowaliśmy się odwiedzić ten położony nad Oceanem Spokojnym skrawek Ameryki Środkowej.
Salwador to najmniejszy i najbardziej zagęszczony kraj w tej części kontynentu. Mniejszy jest od Belize, a ludności ma tyle, co duży sąsiad Honduras – prawie 7 milionów. Bogaty jest w wulkany, jeziora, plaże. Jako jedno z wartych odwiedzenia miejsc wymienia się Suchitoto, które jest ponoć ładnym kolonialnym miasteczkiem, przypominającym nieco gwatemalską Antiguę, zanim dotarła do niej fala podróżników. My w tym nieturystycznym kraju obraliśmy jednak dosyć nieturystyczną trasę. Udaliśmy się najpierw do niewielkiej miejscowości Sonsonate, później do stolicy – San Salwador, aż w końcu pomknęliśmy na północny – wschód do Perquin – miejsca, które w czasie wojny domowej było bastionem rewolucjonistów. Zanim jednak przejdziemy do relacji z naszej podróży opowiemy trochę o przeszłości tego nadmorskiego liliputa.

Historia Salwadoru – latynoamerykański standard


Historia Salwadoru potoczyła się według często powtarzającego się latynoamerykańskiego schematu – wyzwolenie się spod kolonialnego zwierzchnictwa Hiszpanii w XIX wieku, z zachowaniem w dużej mierze systemu feudalnego, czyli ziemi znajdującej się w rękach niewielkiej grupki rodzin, przy jednoczesnym zepchnięciu Indian do całkowicie drugorzędnej pozycji w kraju. W 1932 roku powstała Środkowoamerykańska Partia Socjalistyczna. Założona została przez Augustyna Farabundo Martiego (współpracował on między innymi z sandynistami w Nikaragui). Partia ta stanęła między innymi w obronie praw Indian. Rząd wojskowych odpowiedział na to masowymi mordami ludności indiańskiej. Zabijano każdego o nieodpowiednich rysach twarzy. Wskutek tego Indianie stanowią dzisiaj jedynie 1 % populacji Salwadoru.
W następnych latach do władzy dochodziły różne siły – w większości były to jednak wojskowe junty popierane przez Stany Zjednoczone (działo się to w latach zimnej wojny, kiedy to USA walczyły o wpływy w regionie, chroniąc państwa Ameryki Środkowej przed eksportem rewolucji z Kuby). W 1980 roku rozpoczęła się wojna domowa. Powstała lewicowa guerilla FMLN (Front Wyzwolenia Narodowego im. Farabundo Martiego), która rozpoczęła walkę z rządem. Morderstwa dokonywane były z obu stron – zarówno rządowej jak i ze strony guerilleros. FMLN opanowała głównie tereny na północy i wschodzie kraju. W 1992 roku doszło w końcu do zakończenia konfliktu. FMLN przekształciła się w partię polityczną i od tej pory prowadzić będzie walkę w ramach demokratycznego systemu. Jej głównym przeciwnikiem jest po dziś dzień prawicowa Arena.

Pierwsze wrażenia


Jak już wspomnieliśmy na początku zwiedzanie krajów nieturystycznych ma swój olbrzymi urok. Wjeżdżając do takiego kraju czujesz bowiem zazwyczaj, że zaczyna się prawdziwa przygoda. Do granicy gwatemalsko – salwadorskiej docieramy o wiele później niż to było planowane. A naszym marzeniem było dotarcie tego dnia aż do samej stolicy. Mijamy most graniczny na piechotę i spostrzegamy pierwszych uzbrojonych żołnierzy, którzy z zaciekawieniem zerkają w naszą stronę. Ręką pokazują na obszerny gmach, w którym mamy zostać poddani kontroli paszportowej. Jest gorąco, pot leje się z nas strumieniami i miesza z wszechobecnym brudem. Nasze plecaki schowane są w worki od cukru, co zapewne potęguje nasz żałosny wygląd. Cieszy nas za to dość ładny widok na rzekę i okoliczne zielone wzgórza, który nie będzie nas opuszczał w tym miniaturowym kraju.
Przywitano nas miło i z lekkim niedowierzaniem. Oprócz nas na granicy nie ma żadnych turystów. Celnik wielokrotnie pyta o cel naszej podróży. Dość długo wyjaśniamy mu, co to jest Hospitality Club1 i że właśnie przyjechaliśmy tu, aby poznać kraj i odwiedzić członków tego klubu. Celnik jeszcze sprawdza coś w dokumentach i pyta dyskretnie swojego kolegi, czy Polacy to właściwie muszą cos płacić przy wjeździe. Na chwilę wstrzymujemy oddech, bo czasem taki wydatek, to poważne nadszarpnięcie podróżniczego budżetu. Przykładowo w Belize przy wyjeździe zapłaciliśmy 18,5 dolarów amerykańskich za samo przekroczenie granicy i możliwość opuszczenia tego karaibskiego minipaństwa. I właściwie każdy kraj Ameryki Środkowej oprócz Kostaryki wymaga opłaty granicznej. Okazuje się jednak, że Salwador należy do tych krajów, które na granicy nie łupią swoich gości. Na odchodne dostajemy nawet piękną mapę całego państwa z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi.
Zaczepiamy pierwszy samochód opuszczający punkt kontroli granicznej i odnosimy od razu autostopowy sukces w tym ponoć tak niebezpiecznym kraju. Kierowca może nas zabrać 50 km w naszym kierunku. Ma pickupa, siadamy więc z tyłu. Ku naszemu przerażeniu transportuje on wielki pojemnik z gazem, który pewnie w każdej chwili mógłby wybuchnąć. Pojemnik cieszy się wyjątkowo dużym zainteresowaniem miejscowej policji. Jesteśmy kontrolowani dwukrotnie. Funkcjonariusze zerkają wścibsko też na nasze plecaki i pytają się, czy nie mamy broni lub narkotyków. Na szczęście nie wpadają na pomysł by sprawdzać ich zawartość, nie dlatego, że coś przewozimy, ale z uwagi na niepotrzebną stratę czasu.
Obserwujemy łapczywie mijane miejscowości. Salwador zaskakuje nas stanem dróg. Są dobrze oznakowane, nie mają dziur i można mknąć po nich z zawrotną prędkością. Niestety widzimy też pierwsze niepokojące widoki. Jest dużo ludzi z bronią palną na ulicach. I tych z maczetami. A jak się później okaże - maczeta i Salwadorczyk to dwa nierozłączne elementy tak jak Argentyńczyk i jego ukochana mate. Przychodzą nam na myśl skojarzenia z Polską szlachecką, kiedy każdy nosił broń i sam w miarę konieczności bronił się i wymierzał sprawiedliwość. Marcin ze swoją maczetą, bujnym zarostem i groźnym spojrzeniem idealnie wtapia się w otoczenie, co na pewno jest dużym plusem, jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo.
Naszą uwagę zwraca kolejny szczegół. Otóż właściwie nie ma skrawka terenu położonego przy drodze, który nie byłby zabudowany. Oprócz normalnych domów widzimy te zbite z tektury, w tak strasznym stanie, że gorszych w całej naszej dotychczasowej wędrówce nie widzieliśmy. Przed nimi bawią się półnagie i brudne dzieci. Później kojarzymy ten fakt z wielką liczbą uciekinierów wojennych, których konflikt zbrojny pozbawił dachu nad głową. Dochodzi do tego duża ilość mieszkańców na kilometr kwadratowy. A więc wjechaliśmy do kraju o pięknych drogach, oszpeconych przydrożnymi slumsami.
Po 2 godzinach jazdy docieramy do Sonsonate, miejscowości oddalonej o 60 km od stolicy. Lądujemy w pobliżu obskurnego dworca autobusowego, pełnego - podobnie jak w innych krajach regionu, kolorowych Chickenbusów.2 Tutaj do takiego autobusu czeka się w długiej kolejce. Nie trwa to jednak długo, bo podjeżdżają one co parę minut. Cena powala nas swoją niskością. W Salwadorze walutą jest dolar. O ile jednak w ojczyźnie tego pieniądza – w Stanach za mniej niż dolara nie można kupić prawie nic, tutaj cena 1 $ wydaje się już dość wygórowana. Za większość podstawowych towarów i usług płaci się bowiem w centach. Dojazd do stolicy kosztuje na przykład 0,7 dolara. Przyglądamy się tłumom oczekującym na dworcu. Salwadorczycy bardzo różnią się od mieszkańców Gwatemali. Tu jak pisaliśmy wymordowano ludność indiańską. Stąd też biali przybysze nie mieli aż takich możliwości mieszania się z miejscowymi. Widać to po twarzach mieszkańców, które są bardzo europejskie. Istnieją tu wioski potomków Majów, lecz są nieliczne i zaznaczona na mapie, jako atrakcja turystyczna.
Znajdujemy hotel – 5 dolarów za 2 osoby. Bez namysłu bierzemy, co nam dają. Pokój jest duży, łóżko wygodne, ale coś tu jest nie tak... Szybka analiza... Metalowe potężne drzwi z zamykanym okienkiem pośrodku. Nad nimi, na dosyć dużej wysokości zawieszony kołchoźnik, z którego zresztą wkrótce zaczyna wydobywać się głośna muzyka. Zaraz zaraz... Czy my przypadkiem nie jesteśmy na komisariacie czy w niewielkim więzieniu, przerobionym naprędce na hotel...? TAK, to musiał być kiedyś areszt na komisariacie! Pomysłowy jest lud Salwadoru! Wychodzimy jeszcze coś zjeść i za 1 dolara dostajemy potężny kawał mięsa z ryżem, sałatką i napojem. Po kolacji udaje się nam dodzwonić do Santa Tekli - przedmieść San Salwador, gdzie mieszka host3 z HC, który jak się okazuje może nam udzielić gościny. Możemy teraz spokojnie udać się do naszego „więzienia” na luksusowy odpoczynek

San Salwador – miasto pulsujące od brudu i gorąca


Chickenbusem pomykamy w stronę stolicy - San Salwador. Wysiadamy na przedmieściach w Santa Tekli, gdzie oczekuje na nas host z Hospitality Club. U niego spędzimy najbliższą noc. Santa Tekla wygląda porządnie i spokojnie, tylko na ulicach sporo policji i wojska z bronią. Domy pooplatane są ze wszystkich stron drutami kolczastymi. Mama naszego gospodarza ostrzega nas, że w stolicy jest bardzo niebezpiecznie i żebyśmy na siebie uważali. Tyle razy słyszeliśmy już w tej podróży podobne ostrzeżenia, że nie bierzemy ich sobie za bardzo do serca.
Do San Salwador wjeżdża się trochę, jak do jakiejś dużej, nowoczesnej metropolii. Jedziesz bardzo ładną szeroką drogą, tylko jak spojrzysz na boki, to w oddali widać sklecone jeden przy drugim tekturowe domki, wspinające się aż na wzgórza.
To miasto wręcz pulsuje od gorąca, hałasu i brudu. My pulsujemy razem z nim, aż do wycieńczenia. Po kilku godzinach jesteśmy brudni i zmęczeni. Nagle z chłodnej Gwatemali przerzuciliśmy się w klimat gorący i duszny. Wszędzie na ulicach śmieci. Całe centrum opanowane jest przez bazar, ciągnący się w nieskończoność kilkoma głównymi ulicami. Obrzydliwe pawilony oblepiają budynki Teatru Narodowego i Palacio Nacional. Sprzedawcy i walające się odpadki rozlewają się aż po bramy katedry i innych kościołów. Czasem nie możemy znaleźć wejścia do jakiegoś budynku, bo wszystko obstawione zostało przez stragany. Śmierdzi. Do tego dochodzi ryk muzyki - w co drugiej budzie sprzedają CD - i ludzkich głosów, brzmiących czasem zupełnie nieludzko... UN DOLAR, UNDOOLAR, UUUUUNDOOOOOOOOOOOOLAAAAAAAR!!!!!!!!!!!!!!!!! Za dolara możesz tu kupić chyba wszystko.
Poza tym - widoki znane nam już z Ciudad Guatemala. Druty kolczaste i wszechobecni ludzie z bronią – zarówno z maczetami, jak i z bronią palną. Turystów w ogóle prawie nie widać. Jedynie w katedrze, znajdującej się na Plaza Barrios przemieszczają się niewielkie grupki zwiedzających. Trzeba przyznać, że jest to kościół o ciekawej architekturze i kolorystyce – zarówno jego nowoczesna fasada jak i wnętrze robią wrażenie. Ładnie prezentują się malowidła na kopulastym suficie nad ołtarzem. Miasto generalnie mogłoby uchodzić za ładne, gdyby nie stragany, które opanowały centrum
Po wylegitymowaniu i odczekaniu godziny można wejść do Pałacu Narodowego. Strażnik wydaje się nieco zdziwiony, że ktoś pragnie zwiedzić ten budynek. Jest to zdziwienie o tyle nieuzasadnione, że wnętrze Pałacu jest ładne, a na jego porośniętych zielenią licznych dziedzińcach można chwilę odpocząć od gwaru miasta. W centrum bowiem trudno wytrzymać dłuższy czas. Przedzieranie się przez potężny bazar wykańcza. Można wyrwać się z paszczy sprzedawców i przespacerować szeroką aleją Alameda Roosevelt, zmierzającą w stronę dużego parku Cuscatlan. Jeżeli powędruje się dalej dojść można do niewielkiego skwerku Plaza las Americas, na którym wznosi się figura Chrystusa Zbawiciela Świata, na tle pięknego wulkanu. Trzeba jednak uważać przy robieniu zdjęć. Do nas przyczepia się policjant chroniący pobliskiego biurowca, mówiąc, że fotografowanie tego budynku jest zabronione. Legitymuje nas i mamy nieprzyjemne wrażenie, że chce wyciągnąć od nas jakaś łapówkę. Na szczęście jednak mylimy się i puszcza nas wolno.
Z tego męczącego miasta z przyjemnością uciekamy z powrotem na przedmieścia – do spokojnej Santa Tekli. Spędzamy miły wieczór z naszym hostem, który najpierw pokazuje nam wielkie i eleganckie centra handlowe, a później zabiera nas na pupuse. Jest to tradycyjna, bardzo smaczna potrawa z tortilli robionych z masy ryżowej, w które zawija się fasolę, ser, mięso. To wszystko posypuje się posiekaną kapustą i polewa pomidorową salsą. Pupuse, jak wiele innych rzeczy stoją na drodze do przyjaźni salwadorsko – honduraskiej. Obie te nacje uważają tę potrawę za typową tylko i wyłącznie dla swojego kraju, zarzucając sąsiadowi marne naśladownictwo rodzimej sztuki kulinarnej. Nie tylko jednak pupuse stały się kością niezgody między tymi państwami. Do najpoważniejszego konfliktu doszło pod koniec lat 60, kiedy wybuchła tu 5 – dniowa wojna futbolowa. Piłka nożna była tutaj jedynie pretekstem, kroplą przepełniającą czarę goryczy. Problem od lat polegał na tym, że przeludnionemu Salwadorowi brakowało ziemi i jego mieszkańcy zaczęli zagarniać i zagospodarowywać ziemię honduraską. Po dziś dzień istnieją tereny sporne po między tymi krajami. Nasz host mówi, że woli do Hondurasu nie jeździć, bo z salwadorską rejestracją samochodu może mieć problemy.
Z San Salwador chcemy wyjechać autobusem na północny – wschód kraju. Aby tego dokonać udajemy się na dworzec. Jest to jedno z koszmarniejszych miejsc, jakie widzieliśmy w czasie całej naszej wyprawy. Oblepiają nas od razu ze wszystkich stron drący się w niebogłosy autobusowi naciągacze. Mamy wrażenie, że rozszarpią nas za moment na kawałki. Każdy stara się przekonać, że jego firma oferuje najlepsze usługi. A po ubitej ziemi, między stojącymi autobusami czołga się na rękach mężczyzna bez nóg i błaga o jałmużnę. Kolejna zapomniana ofiara wojny?

Perquin – bastion rewolucji

Zanim dotrzemy do Perquin, będziemy mieli okazję doświadczyć czegoś, czego w żadnym kraju Ameryki Łacińskiej od Kuby po Brazylię nie doświadczyliśmy w takiej skali. To autobusowi sprzedawcy. Są ich setki. Wykorzystując każdy najmniejszy postój autobusu, wlewają się do wnętrza niczym rój owadów, krzykiem i zapachem jedzenia wypełniając całą wolną przestrzeń. Zdarza się, że jest ich więcej niż samych pasażerów, a oferują do sprzedaży często ten sam produkt. Przesiadkę mamy w San Miguel, czystym, ładnym kolonialnym mieście, którego stare, kolorowe domy, pokryte czerwoną dachówka, zachęcają do odwiedzin.
Od Perquin dzieli nas parę godzin jazdy. Jest to mała miejscowość na głębokiej salwadorskiej prowincji, przy granicy z Hondurasem. Lonely Planet opisuje ją jako totalny highlight ze względu na mieszczące się tam muzeum wojny. Cóż, że temat wojny w Salwadorze jak najbardziej nas interesuje, zdecydowaliśmy się tutaj przyjechać.
Miejscowość, jeżeli pominąć walające się wszędzie śmieci, jest ładna i sympatyczna. Znajdujemy niezbyt tani hotel za 10 dolarów za pokój i ruszamy zobaczyć muzeum.
Już z daleka, z umieszczonego na budynku z kasami plakatu uśmiecha się sie do nas Che Guevara i inni bohaterowie guerilli. Okazuje się, że nie jest to żadne muzeum wojny tylko muzeum rewolucji, i do tego nie najwyższych lotów... Przede wszystkim czyste fakty odnaleźć tu trudno. Wszystko twórcy tej ekspozycji ukazali bardzo jednostronnie. Jest to po prostu muzeum – pomnik, wzniesiony FMLN, czyli salwadorskiej guerilli, która w tym regionie kraju była najsilniejsza. Zresztą nadal jest. Tyle tylko, że teraz już jako legalnie działająca partia polityczna. Kiedy w pozostałych częściach Salwadoru dominują plakaty prawicowej Areny, tutaj wszędzie reklamują się ludzie, kandydujący z list spadkobierczyni lewicowej guerilli.
Ciekawie jest zobaczyć stare zdjęcia z manifestacji i walk, obejrzeć twarze guerilleros i przyjrzeć się z bliska temu, jak to wszystko wyglądało z ich punktu widzenia... Ale tak naprawdę nie różni się to specjalnie od zdjęć widzianych na Kubie w mauzoleum Che, czy innych oglądanych wielokrotnie w książkach o tematyce latynoamerykańskiej. Do tego jeszcze pomieszane są fakty z ostatniej wojny i z wydarzeń lat 30, kiedy to powstała pierwsza socjalistyczna partia Salwadoru. Cóż... po tym muzeum spodziewaliśmy sie jednak czegoś więcej. Ale warto było przyjechać do Perquin chociażby ze względu na przepiękne krajobrazy, jakie przyszło nam zobaczyć z punktu widokowego, umieszczonego na szczycie pobliskiej góry. Olbrzymia przestrzeń poprzecinana pasmami górskimi rozciągającymi sie aż - hen hen do Hondurasu. To tutaj właśnie, lotnictwo salwadorskie rozpoczęło swoje żniwa w czasie wojny futbolowej.
Tego samego dnia wieczorem udajemy się do pupuserii. Jemy, a przy stolikach obok siedzą miejscowi chłopi. Jest nawet jeden człowiek z pistoletem u pasa (później sie okazuje że to policjant z pobliskiego komisariatu). Leci kreskówka Tom and Jerry. Zabawne. Wszyscy dorośli przecież i poważni ludzie wraz z przedstawicielem miejscowych władz wybuchają śmiechem, kiedy myszce po raz kolejny udaje sie w cos wrobić kota lub kiedy kot zostaje po raz kolejny zmiażdżony albo spalony... Ach ta globalizacja!
Pod koniec dnia jesteśmy jeszcze świadkami włamania..., którego sami dokonaliśmy. Właściciele naszego hotelu gdzieś sobie poszli, nie zostawiając nam uprzednio kluczy. Postanowiliśmy, więc dostać się do niego w niezwyczajny sposób.. Korzystając z tego, że Marcin dość schudł w czasie całej podróży, przecisnął się przez szparę między dachem a ścianą boczną budynku, lądując prosto w wychodku hotelowym. Kiedy zobaczyły to miejscowe dzieci zaczęły krzyczeć: POLICJA! POLICJA! No nie no, naprawdę komedia... W jednym z najniebezpieczniejszych krajów Ameryki Centralnej jedynego przestępstwa, z jakim się stykamy dokonujemy... my sami... tak , że aż przestraszyły sie nas salwadorskie dzieci.
Salwador miło zapisał się w naszej pamięci. Można spotkać tu sympatycznych ludzi, dumnych ze swojej ojczyzny, rozkoszować się pustymi plażami Pacyfiku, czy zaszyć wśród gór przeplatanych wulkanami. Na pewno warto tu przyjechać, do czego wszystkich zachęcamy.

Opcja na Prawo - "Rozmowy polsko - latynoskie"



Rozmowy polsko – latynoskie

Przez pól roku razem z moim bratem podróżowaliśmy po Ameryce Łacińskiej. Nie tylko podziwialiśmy piękno krajobrazów, ale także rozmawialiśmy – zarówno z ludźmi wykształconymi jak i prostymi, z mieszkańcami miast i wiosek, czasem na zupełnym końcu świata, u niektórych mieszkaliśmy i nasz kontakt był dłuższy, z innymi zawarliśmy przelotną znajomość w czasie jazdy autostopem. Jak wygląda Ameryka Łacińska oczami tych ludzi?

Po dwóch stronach muru historycznych doświadczeń


Część I

Kiedy przyjeżdżasz do Ameryki Południowej bardzo szybko zakochujesz się w jej mieszkańcach. Ludzie są otwarci, gościnni, potrafią świetnie się bawić. Wielokrotnie łapaliśmy się na tym że wolimy spędzać czas z nimi niż z napotykanymi po drodze Amerykanami, Kanadyjczykami czy przybyszami z Europy Zachodniej. Są pod wieloma względami tak nam bliscy mentalnie, że fantastycznie czujemy się w ich towarzystwie. Jest jednak coś, co niczym mur nieraz stawało pomiędzy nami – są to doświadczenia historyczne, szczególnie te ostatniego półwiecza.
W krajach Ameryki Południowej polityka jest wszechobecna, przenika każdą ze sfer życia. Ludzie, szczególnie młodzi uwielbiają o niej rozmawiać. Trudno trafić na kogoś, kto w momencie rozpoczynania się politycznej dyskusji powiedziałby – słuchajcie, mnie to nie interesuje, to nie mój temat. Skądże, wręcz przeciwnie. Napomkniesz coś o polityce, a już u latynoskich rozmówców widzisz jakiś szaleńczy błysk w oku, już gotowi są do dyskusji, która niejednokrotnie przemienia się w walkę na śmierć i życie. Powód do takiej walki nie jest błahy, w końcu nagle pojawia się ktoś zza oceanu, z innego zupełnie świata, kto chce podważać cały ich światopogląd.

Zniszczył nas kapitalizm

Isla del Sol na Jeziorze Titicaca, Boliwia. Mieszkamy u pewnego rybaka razem z grupą 10 Argentyńczyków. Wieczór spędzamy razem, przy jednym stole. Ktoś napomyka o tym, że jest pod wrażeniem atmosfery jaka panuje w Boliwii po wyborze Indianina Evo Moralesa na prezydenta. Że ludzie są pełni nadziei, że w końcu coś się zmieni na lepsze. Z wypowiedzi Argentyńczyków wynika, że oni również bardzo się cieszą z takiego rozwoju wypadków. Zresztą jak się później zorientujemy popularność Evo wśród studentów i generalnie, szeroko pojętej inteligencji w innych krajach, szczególnie w Chile i w Argentynie jest olbrzymia, większa chyba niż wśród samych Boliwijczyków.
My też byliśmy pod wrażeniem, tego co zastaliśmy w Boliwii, z donosów prasowych wynikało bowiem że kraj ten stoi wręcz na krawędzi wojny domowej, tymczasem zastaliśmy tu totalny spokój i rzeczywiście w niektórych częściach jakiś taki wiszący w powietrzu „duch odnowy”. Ale wystarczy wjechać do La Paz, spojrzeć na napisy na murach, na tytuły gazet, na ekrany telewizorów, a przeżyje się coś jakby deja vu z PRL-u, tylko że zamiast haseł o sojuszu robotniczo chłopskim, znajdziesz hasła o jedności i sile Indian Keczua i Aymara. Ale poza tym – stara bajka. Evo na pierwszych stronach gazet, Evo na szklanym ekranie, Evo w chwale przejął władzę, Evo skończy z niesprawiedliwością i wyzyskiem, Evo zajął twarde stanowisko wobec Stanów Zjednoczonych, Evo stanie w obronie biednych, Evo znacjonalizuje, Evo popierają Castro, Chavez, Kirchner i Lula. Czyli garść ładnie brzmiących (dla niektórych) sloganów, dobrze nam znanych z historii.
To też mówimy naszym argentyńskim kolegom – że hasła rzucane przez Moralesa rzucane już były w niejednym państwie na świecie, a po nich zawsze przychodził okropny, wyniszczający gospodarkę i upadlający człowieka system – komunizm lub socjalizm. Opowiadamy pokrótce o doświadczeniach Polski i innych krajów bloku wschodniego. Oni już czują się trochę zbici z tropu, odnosimy wrażenie że nigdy wcześniej o tym wszystkim nie słyszeli. Oni na to, że oczywiście rozumieją, ale ich doświadczenie jest skrajnie inne. Tutaj zawsze Wielkim Bratem były Stany Zjednoczone, które popierały krwawych prawicowych dyktatorów, a systemem który ich wyniszczał - kapitalizm (neoliberalizm). Odpieramy na to, że nigdy prawdziwego kapitalizmu w ich krajach nie było, że jedynie Pinochet jeszcze przeprowadził w pełni wolnorynkowe reformy, ale w innych krajach jak w Argentynie czy Brazylii często dochodziło do jakichś układów na szczytach władzy, dzięki którym politycy rabowali ogromne pieniądze a na nierównych warunkach na rynek wchodziły wielkie korporacje (głównie amerykańskie). Przedstawiamy im naszą libertariańską wizję czystego kapitalizmu (który nie istnieje nigdzie na świecie). Zaznaczamy jednocześnie, że mimo towarzyszących przemianom przekrętów i korupcji, przestawienie ekonomii na neoliberalne tory spowodowało niesamowite ożywienie gospodarek, nagły rozwój nie widziany w tych państwach od dziesięcioleci. We wszystkich tych krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie gospodarkę bardziej uwolniono dobrobyt jest większy. Pomiędzy Boliwią i Peru, a Chile, Argentyną i Brazylią na przykład, istnieje olbrzymia przepaść, granice pomiędzy tymi krajami są jakby granicą dwóch światów.
Natomiast mordy dokonane przez latynoamerykańskich dyktatorów, które zresztą w większości tyczyły się działaczy komunistycznych i lewicowych guerilli (potwierdzają to często sami studenci) są nieporównywalne w stosunku do zbrodni komunizmu, który na całym świecie zabił 100 miliony istnień ludzkich!
W tym momencie zazwyczaj powracamy do punktu wyjścia – no tak wasze doświadczenia są takie, ale nasze są inne. Wasz socjalizm był wypaczony, Ameryka Łacińska to zupełnie inna bajka, spójrzmy chociażby na Kubę. No właśnie, spójrzmy na Kubę…

W USA ludzie głodują, na Kubie żyje się dobrze


Zachwyt Kubą wśród latynoskiej inteligencji jest nadal bardzo silny. Nasi rozmówcy zawsze podają za przykład, że w ich krajach (Argentynie, Chile, Brazylii) różnice społeczne są olbrzymie, że kapitalizm wzbogacił jednych, a na margines zepchnął innych. Na Kubie może nie ma bogactwa, ale wszyscy żyją godnie i w równości, poziom wykształcenia jest wysoki i nikt nie głoduje.
Odwiedziliśmy Kubę, był to pierwszy przystanek w czasie naszej półrocznej wyprawy. Jest to kraj biedny i totalnie wyniszczony. Hawana wygląda tak, jakby przed tygodniem skończyła się tutaj długa, straszna wojna. Wszystkie dzielnice w tym mieście wyglądają jak jedna wielka favela. Nawet jeżeli fasady budynków w centrum są odnowione, w środku ludzie żyją w fatalnych warunkach. W innych miastach wygląda to trochę lepiej, ale i tak bieda widoczna jest na każdym kroku. Ludzie podróżują na pakach ciężarówek, często ze zwierzętami (wszyscy tutaj jeżdżą „na stopa”), a po 5 minutach rozmowy każdy napomyka cos o swoim planie ucieczki z tego kraju, gdziekolwiek. Prawie każdy ma również kogoś w Stanach, kto przysyła pieniądze, które później wydają w specjalnych sklepach (gdzie płaci się w równoległej do peso cubano walucie – peso convertible. 1 peso convertible = 1 EUR). Cóż za paradoks! Propaganda komunistyczna głosi, że kraj ten jako jedyny w Ameryce Łacińskiej wyzwolił się od amerykańskiego imperializmu, tymczasem trudno sobie wyobrazić większą zależność od amerykańskich dolarów.
Południowoamerykańscy inteligenci zdają się jednak być ślepi na te fakty. Nawet niektórzy twierdzą, że byli na Kubie i że wcale nie jest tam tak źle. Zaraz potem pytamy: a jeździłeś turystycznymi busami, czy podróżowałeś stopem tak jak miejscowi, spałeś w casach particular (domach z licencją na przyjmowanie gości), czy nielegalnie w domach zwykłych ludzi? Zazwyczaj przyznawali się że była to podróż w wersji pierwszej. Cóż trudno w ten sposób poznać prawdziwą Kubę.
Innym paradoksem jest to, że wielu południowoamerykańskich inteligentów (europejskich zresztą też!) podchodzi do Fidela Castro z dużym szacunkiem, czy wręcz z pobożnością, jego zdjęcia niejednokrotnie widzieliśmy na lodówkach czy ścianach w studenckich domach w Buenos Aires czy Santiago de Chile. Tymczasem studenci z Santa Clara (kubańskiej miejscowości, słynącej ze znajdującego się tam mauzoleum Che Guevary) wyznali nam w tajemnicy, że kiedy przyjeżdża tam Fidel, ludzie idą by go powitać bo inaczej ucięto by im pensje lub nawet pozbawiono pracy.
Latynoscy rozmówcy w chwilach kiedy najwyraźniej brakuje im sensownych argumentów, wspinają się na szczyty totalnego absurdu. Np.: „ Tak, a ja byłem w Stanach i takiej biedy nie widziałem jeszcze nigdy!”. Człowieku o czym ty mówisz. Ja również byłam w Stanach, pracowałam tam przez cztery miesiące w stanie o jednym z najwyższych poziomów bezrobocia w kraju – w Ohio. Praca leżała tam dosłownie na ulicy, a od nas z knajpy wyrzucali ludzi za palenie marihuany (później ci sami ludzie chodzili i mówili jakie to straszne, że nie mają pracy), studenci dorabiali sobie jako kelnerzy przez całe wakacje i później byli w stanie opłacić sobie studia. Moi polscy znajomi po miesiącu pracy w restauracji kupowali sobie dobre samochody.
Taaak??? – słyszałam na to w odpowiedzi – A czy celem życia człowieka jest kupno sobie samochodu?! Tam ludzie nie maja ambicji, nie chcą studiować, nie znają języków, mycie garów w restauracji – to ma być godna praca?
W takich momentach opadały nam ręce i dochodziliśmy do wniosku, że nie porozumiemy się chyba nigdy.

Skąd wiemy że w Korei Północnej żyje się gorzej niż w Południowej


Komuś może się wydawać, że przytoczone powyżej opinie i wypowiedzi należą do jakiejś nielicznej grupy idiotów, ale dyskusje na podobne tematy przebiegały w zadziwiający sposób tak samo z większością napotkanych przez nas studentów w Argentynie czy w Chile (argument „ a czy celem życia jest kupienie sobie samochodu” słyszeliśmy kilkakrotnie z najróżniejszych ust). Jest to po prostu nieodłączny składnik tamtejszej mentalności, tkwiący tam na przekór wszelkiej logice element duszy latynoskiego inteligenta.
Pamiętam jedną z rozmów z chłopakiem z Buenos Aires. W jej trakcie uświadomiliśmy sobie, że podobnie jak wielu innych posługuje się on w swoich wywodach jakąś mieszaniną zaczerpniętą z dzieł Marksa i rodzimej propagandy komunistycznej (czy antyimperialistycznej). Jest to papka naprawdę wybuchowa.
Ten młody Argentyńczyk powiedział nam, że nasz sposób rozumowania jest zły, ponieważ owszem na Kubie ludzie są biedni, ale liczy się „subiektywne odczucie położenia materialnego”. Tzn. że kubański biedak czuje się lepiej, bo wszyscy dookoła znajdują się w podobnej sytuacji, podczas gdy biedak argentyński na przykład musi patrzeć na ludzi w swoim otoczeniu, którzy opływają w bogactwo. Swoją drogą jest to ciekawe spostrzeżenie, które potwierdza się nawet w warunkach polskich. Tutaj też wielu ludziom wydaje się, że ich sytuacja materialna znacznie się pogorszyła od roku 89 – ego, chociaż w rzeczywistości jest dużo lepsza (mają na przykład samochód, o czym w PRL-u nie mogli nawet marzyć), ale patrzą na swoich sąsiadów, którzy wzbogacili się jeszcze bardziej i popadają w przygnębienie, wydaje im się że zbiednieli. Nie jest to jednak argument za tym, że ludziom w socjalizmie żyje się lepiej. Młody student z Buenos Aires nie potrafił odpowiedzieć na nasze pytanie, dlaczego w takim razie tysiące Kubańczyków marzy o niczym innym jak o ucieczce (kiedy grozi ona często utratą życia) do kapitalistycznych Stanów Zjednoczonych, Europy czy do Ameryki Południowej. Dlaczego od żadnego Peruwiańczyka, czy Boliwijczyka nie słyszeliśmy, żeby chciał uciekać na Kubę, za to niejeden pragnie z całego serca wyemigrować do bogatszej Argentyny, Chile, czy Brazylii! Nam takie rzeczy wydaja się oczywiste, ale tam naprawdę były żywym przedmiotem dyskusji.
Niektórzy wprost nie wierzyli nam, że na Kubie jest aż taka bieda i deklarowali, że najpierw sami muszą się tam udać żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy. Na przytaczane przez nas inne przykłady wyniszczenia kraju przez komunizm, jeden z Argentyńczyków odparł – a skąd tak naprawdę możecie wiedzieć że w Korei Północnej żyje się gorzej niż w Południowej, byliście tam?
I tak w naszych licznych polsko – latynoskich starciach obserwowaliśmy jak nasi rozmówcy popadają w zmieszanie, gubią się, plączą, a czasem w odruchu desperacji wspinają się wręcz na szczyty absurdu.




Część II



Kto nie skacze ten jest mordercą


Buenos Aires, marzec 2006. Na jednej z ulic gromadzą się ludzie. Zebrały się tutaj by upamiętnić 30 rocznicę przejęcia władzy przez wojskowych w Argentynie.
Militares objęli władzę w marcu 1976 i trzymali ją przez następne 7 lat. Domosławskii przedstawia tę dyktaturę jako wyjątkowo okrutną i bezmyślną. Walczyli oni przede wszystkim przeciwko komunistom, peronistom - i ich bojówkom montoneros, oraz wszelkim lewicowym ugrupowaniom, szczególnie tym noszącym w swojej nazwie przymiotnik ¨rewolucyjny¨, ale nasi znajomi z Buenos powiedzieli nam że tak naprawdę likwidowali wszystkich myślących inaczej, czyli zapanował terror totalny, nikt nie mógł czuć się bezpiecznie (chociaż inni studenci przyznali później, że represje dotykały tylko należących do lewicowych ugrupowań lub mających z nimi w jakiś sposób styczność – czasem mniej lub bardziej przypadkową) . ¨Zniknęło¨ 30 tysięcy ludzi, torturowano ich w specjalnie do tego stworzonych centrach odosobnienia, później zakopywano w masowych grobach albo zrzucano ciała do morza. Dzieci porywanych rodziców oddawano do adopcji - stawały się ukochanymi córeczkami lub synkami ludzi związanych z systemem, albo były oddawane za granicę.
W marszu naprawdę biorą udział tłumy. Najbardziej rzucają się w oczy młodzi komuniści - w koszulkach z Che albo sierpem i młotem, wymachujący czerwonymi flagami, skaczący do góry albo pogujący w dziki rytm bębnów, rycząc piosenki wyrażające ich solidarność z represjonowanymi towarzyszami. Dobrze się przy tym wszystkim bawią. Równie liczni są peroniści. Na transparentach i flagach nie ma jednak portretów generała, tylko jego nieśmiertelnej żony Evity. Niesamowita jest popularność tej postaci wśród młodych ludzi. Widzimy parę stowarzyszeń noszących w nazwie jej imię. Śmiejemy się z tego, przychodzi nam do głowy zabawna refleksja, ze Evita to taki argentyński Gierek.
Przechodzimy przez te rycząco - skaczące grupy i dochodzimy aż na czoło stojącej jeszcze w miejscu demonstracji. Tutaj zastajemy atmosferę już nieco odmienną. Są ludzie starsi, spokojniejsi, wielu rozmawiając cicho popija mate. Na samym przedzie pod transparentem H.I.J.O.S. stoi grupka babć w białych chustach na głowie. Ach! To przecież babcie z Placu Majowego!! Największe wrażenie robi na nas stojący w milczeniu dziadek z zawieszoną na piersi wielką fotografią młodego chłopaka, zapewne swojego ¨znikniętego¨ przed 30ama laty syna.
HIJOS to organizacja która powstała w celu odnajdywania dzieci oddanych w czasach dyktatury do adopcji. Doprowadzili oni do powstania bazy DNA w Stanach i na własną rękę prowadzą dochodzenia zmierzające do odnalezienia swoich synów i wnuków. Wszystko zaczęło się od babć gromadzących się jeszcze w czasach rządów wojskowych na Placu Majowym - najważniejszym w mieście, ze zdjęciami swoich pociech i napisami ¨Gdzie oni są??? Nie zapomnimy. Nie wybaczymy.¨ Po tylu latach oni ciągle tutaj są, ze swojego cierpienia czyniąc świadectwo przeszłości.
Marsz jest świetnie zorganizowany. Na samym przedzie, przed manifestantami znajduje się wielka ciężarówka ze sprzętem nagłaśniającym, na niej kobieta i mężczyzna - oni przemawiają do tłumu, zarzucając słowa piosenek, instruując, zachęcając do dalszej wędrówki, czasem uspokajając. Oni też dają w końcu sygnał do startu. Ruszają tłumy ulicami Buenos żeby wyrazić swój gniew i nienawiść, ale także po części chyba żeby trochę się pobawić. Przed transparentem HIJOS idą bowiem bębniarze, pomiędzy którymi wywijają młode dziewczyny w kolorowych, skąpych strojach. Niczym się to nie różni od tego, co widzieliśmy w czasie karnawału. Ten marsz to naprawdę pomieszanie z poplątaniem. Nie tylko młode dziewczęta tańczą, w rytm muzyki poruszają się same babcie z Placu Majowego.
Za chwilę rozlega się głos prowadzącego z ciężarówki, przeradzający się w dziki ryk, kiedy dochodzi do nazwiska dyktatora: ¨Wszyscy razem, dzisiaj ruszamy pod dom Joooooorge Raaaaafael Videli. Kreatury odpowiedzialnej za zniknięcie 30 tysięcy naszych companeros!!!!!!!!!!¨ Po tym następuje kolejny ryk, tym razem z głośnika - fragment nagrania jakiejś rokowej kapeli zakończony wrzaskiem ¨HIJO DE PUTA!!!!!¨ (skurwysynu!). Tłum zaczyna śpiewać piosenkę, o tym że nigdy nie zapomni o swoich 30 tysiącach znikniętych towarzyszach. Następnie domaga się normalnego więzienia dla Videli wraz z karą dożywocia. Dyktator znajduje się bowiem ze względu na podeszły wiek, tak jak zresztą i inni decydenci minionego systemu, w areszcie domowym.
Bębny połączone z wykrzykiwanymi przez tysiące osób słowami piosenki, sprawiają że aż dreszcz przechodzi po plecach. Nie chcielibyśmy być w tym momencie w skórze dyktatora, który nagle pojawiłby się na drodze tej manifestacji. Marsz dochodzi w końcu do swojego pierwszego przystanku. Jest to szpital wojskowy. To, co zaskakuje nas w tym wszystkim najbardziej to zupełny brak policji. Za szybą szpitala, również ani żywej duszy, ani śladu ochrony. Nikt nie przeszkadza manifestantom swobodnie sprejować bielutkich ścian szpitala. Do żadnych burd jednak nie dochodzi. Gnojka który zaczyna kopać w szklane drzwi sami manifestanci od razu zabierają. Nasz znajomy powiedział nam później że rozróby zaczęłyby się dopiero gdyby manifestanci zobaczyli policję. Stróże porządku wolą w takich sytuacjach po prostu usunąć się w cień żeby nie prowokować. Nie cieszą się tu chyba za wielkim szacunkiem.
W pewnym momencie długowłosy mężczyzna wdrapuje się na mur żeby namalować sprejem po lewej stronie od wejścia wielkie czerwone litery: WOJSKOWI TO MORDERCY. Na ostatnie słowo brakuje mu już jednak farby. Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie. W końcu znajduje się dziewczyna z pełną jeszcze puszką, wdrapuje mu się na ramiona i dopisuje pospiesznie wielkie ¨ASSESINOS¨. Tłum szaleje. Bije brawa i wiwatuje.
Po tym następuje chwila wzruszeń. Na prowadzącą ciężarówkę wchodzi dziewczyna, która jest jednym z odnalezionych przez HIJOS dzieci. Opowiada trochę o tym co przeszła.
W końcu marsz rusza dalej. Po jakichś 30 minutach zaczynamy się zbliżać do domu Videli. Wychodzimy na bardzo szeroką ulicę. Prowadzący ryczy przez głośniki: ¨Uważaj sąsiadko, uważaj sąsiedzie, obok ciebie mieszka morderca. Jorge Rafael Fidela!¨ Po czym kilkakrotnie podaje jego dokładny adres wraz z numerem mieszkania. W końcu docieramy pod wysoki blok. Wszystkie okna szczelnie zasłonięte, wyglądające dokładnie tak samo aż do momentu, kiedy jedno z nich nie zostanie dosyć celnie obrzucone czerwoną farbą.
Tłum się ożywia. Pada hasło ¨HAY QUE SALTAR, HAY QUE SALTAR, QUIEN NO SALTA ES MILITAR!!!¨ (trzeba skakać, trzeba skakać, ten kto nie skacze jest wojskowym) Kilkutysięczny tłum podskakuje powtarzając to raz po raz. Po tym następuje wyliczanie zbrodni dyktatury. Przemawiają babcie z placu Majowego, jednak nie za długo. Do góry, aż na wysokość piątego piętra zostaje podniesiona platforma z której dokładnie na przeciwko okna Videli zwisa długa płachta ze zdjęciami represjonowanych i znikniętych. Prowadzący krzyczy w stronę tłumu: ¨30 000 companeros???¨ ¨PRESENTE!!!!¨ - odpowiada tysiące głosów. ¨Ahora!¨ ¨I SIEMPRE¨, ¨Ahora!¨ ¨I SIEMPRE¨, ¨Ahora!¨ ¨I SIEMPRE!!!!!!!!!¨ (OBECNI! TERAZ! I ZAWSZE!)
Później zaczyna się część dla nas zdecydowanie najgorsza. Prowadząca głosem pełnym nienawiści zaczyna rzucać komunistyczne slogany oraz wymieniać nazwy represjonowanych w czasach wojskowych organizacji. Jest ich chyba z ładnych parę setek, ale nazwa jedna podobna do drugiej: Rewolucyjne Oddziały Młodzieży Akademickiej, Rewolucyjna Armia Wyzwolenia Chłopów, Komunistyczna Organizacja Pracowników Rolnych, Peronistyczne Bojówki Rewolucyjne, Związek Kobiet w Obronie Socjalizmu, Młodzież Guevariańska, Socjalistyczny Związek Uczniów Szkół Średnich. Itd., itd., aż do znudzenia.
I tu niestety rozchodzą się nasze drogi. Po raz kolejny dochodzimy do wniosku, że przepaść miedzy naszymi, a ich doświadczeniami, między ich a naszą mentalnością jest chyba nie do zasypania. Ludzie protestujący przeciwko dyktaturze, która według szacunków zabiła około 30 tysięcy ludzi, mają na sobie symbole systemu, który na swoim sumieniu ma 100 milionów ofiar na całym świecie - komunizmu. Młodzi ludzie wymachują flagami Związku Radzieckiego, który - przez ich ignorancję i niewiedzę, przez dzielenie świata na białe i czarne, prymitywne polaryzowanie go na dwa bieguny - stał się dla nich symbolem wolności. Afiszują się dumnie z emblematami, które dla nas na zawsze pozostaną symbolem niewoli, cierpienia i śmierci milionów istnień.
Bardzo jesteśmy jednak zadowoleni, że zobaczyliśmy tę niesamowitą manifestację. Był to kolejny krok w naszej drodze do poznania duszy latynoskiej jak również krok do poznania części prawdy o dyktaturze militares w Argentynie. Piszę części, bo manifestujący w stolicy nie są wcale wyrazicielami przekonań wszystkich Argentyńczyków, o tym mieliśmy dowiedzieć się już wkrótce.

O ludziach prostych i mądrych


Błędem niektórych badaczy Ameryki Łacińskiej, jak Artura Domosławskiego na przykład było przyjeżdżanie do dużych miast i badanie opinii wśród studentów i inteligencji (profesorów, polityków). W ten sposób można poznać jednak tylko jedną stronę medalu. My w czasie naszej podróży rozmawialiśmy także z ludźmi prostymi. Przemieszczaliśmy się stopem i niejedną noc spędziliśmy rozbici na wsi u kogoś w ogródku.
Pierwszy nasz prawdziwy kontakt z argentyńską prowincją. Wysiadamy pod wieczór z Tira na stacji benzynowej pod małą miejscowością na Północnym – Wschodzie kraju – Santo Tome. Jest późno i nic już nie możemy złapać udajemy się więc do pierwszego domu przy autostradzie. Bardzo mili ludzie serdecznie nas witają i zapraszają, żebyśmy się rozgościli. Możemy tu spędzić noc. Częstują nas jedzeniem i piciem wciągają do rozmowy.
Prym w dyskusji wiedzie mężczyzna - właściciel tego domu. Jest stolarzem, produkuje okna i drzwi, ma swój mały ale dobrze funkcjonujący biznes. Z góry zapowiada, że wykształcenia nie ma żadnego, nie skończył nawet szkoły średniej, ale życie nauczyło go niejednej rzeczy.
Facet w prosty sposób wykłada nam swoje prawdy życiowe - dotyczące ekonomii, polityki, obyczajów. W większości przypadków możemy mu tylko z uznaniem przyklasnąć. Ten człowiek przerasta bowiem o głowę w logicznym rozumowaniu buenosariańskich młodych intelektualistów. Zaczyna od narzekania na to, co się dzieje we Francji, że ludzie wychodzą na ulice i żądają ustanowienia progu minimalnego dla ich płac. Mówi, że zupełnie tego nie rozumie, bo przecież warunki pracy to wyłącznie sprawa miedzy pracodawcą, a robotnikiem, popiera to zaraz tysiącem przykładów o tym jak przychodzą do niego młodzi adepci stolarskiej sztuki, jak na początku płaci im niewiele żeby zobaczyć ile są warci, a kiedy są dobrzy podwyższa im zarobki, bo bardzo cenna dla niego jest ich praca. W ogóle narzeka że ciężko tutaj znaleźć kogoś do pracy, że ludzie są leniwi i wolą czekać na pieniądze od państwa, na to aż ktoś im pomoże. Mówi z dumą, że on do wszystkiego w życiu doszedł sam.
Krytykuje też państwo za to, że subsydiuje eksport mięsa, bo przecież wtedy jego ceny w kraju rosną. Jest bardzo zadowolony, że Marcin skończył ekonomię i może rozwiać wszelkie jego wątpliwości, nie był on bowiem do tej pory swoich tez do końca pewien. To naprawdę mądry gość.
Dalej temat schodzi na dyktaturę wojskowych. Jest dobra okazja, żeby o tym pogadać, bo akurat tego dnia mija dokładnie 30 rocznica przejęcia władzy przez Videlę. Pytamy się go i jego dwójki znajomych co dla nich oznaczała władza wojskowych. Zgodnie przyznają, że ich żadne represje nigdy nie dotknęły, że tylko ci którzy w tym siedzieli, którzy mieli cos wspólnego z lewicowymi ugrupowaniami bywali porywani i „znikani”.
Oni sami ten okres wspominają bardzo dobrze. Na ulicach było spokojnie, nikt nie napadał ani nie rabował, czasem kontrolowali ich wojskowi, ale po sprawdzeniu dokumentów przepraszali za zakłócenie spokoju, salutowali i puszczali wolno. Gospodarka była stabilna, prości ludzie mogli pracować i prowadzić swoje biznesy.
Nasz gospodarz kończy te wywody błyskotliwym spostrzeżeniem, że w gazetach ciągle piszą jaka to straszna była władza wojskowych, ale za to za generała Perona to manna sypała się z nieba. „A co Peron to może cywil był!??” - prycha z rozbawieniem.
Później opinie takie jak te przytoczone powyżej usłyszymy jeszcze wielokrotnie z ust prostych ludzi. Napotkani w przepięknej prowincji Missiones potomkowie niemieckich emigrantów powiedzą nam jeszcze, że rządy militares nie były wcale tak straszne jak to się teraz przedstawia.

Monday, June 26, 2006

Poznaj Świat - "Złota farma"


Artykuł ukazał się jako temat numeru.

„La Paz”, znaczy pokój

W połowie XVI wieku w dolinie rzeki Choqueyapu, u stóp wulkanu, na rozłożystym altiplano, znajdowała się mała wioska Chuquiago (w języku Indian Aymara - Chukiyawu), co oznacza „złotą farmę”. Nazwa ta wzięła się stąd, że było to miejsce wydobycia złota. 20 listopada 1548 roku po zakończeniu wojny domowej, hiszpański kapitan Alonso de Mendoza ufundował miasto de Nuestra Senora de La Paz1, które miało stać się nieśmiertelnym symbolem zakończenia walk i zjednoczenia w pokoju i miłości. Miasto pokoju na wieczną pamiątkę ustanawiam – powiedział Mendoza. Na jego strażnika wyznaczono ośnieżony wulkan Illimani (6,403 m. n.p.m.).
W 1825 roku na cześć zwycięstwa Peruwiańczyków i Boliwijczyków z Hiszpanami w Bitwie pod Ayacucho, która ostatecznie przesądziła o niepodległości krajów Ameryki Południowej, miasto zmieniło nazwę na La Paz de Ayacucho. Po dziś dzień, oficjalnie nosi dwa imiona – to właśnie oraz pierwotne, indiańskie – Chuquiago.

Soroche


La Paz to najwyżej położona stolica świata2, rozciąga się od 3,200 metrów aż do 4,200. Chociaż istnieje tutaj straż pożarna, nie ma zbyt wiele do roboty, bowiem powietrze jest tak rozrzedzone, że trudno nawet zapalić zapałkę. Przybyszów z nizin często dopada soroche – choroba wysokościowa, objawiająca się między innymi bólami głowy i krwotokami z nosa. Każde podejście pod górę może być dla początkujących przeprawą przez mękę. Oprócz problemów spowodowanych wysokością, może dokuczać zimno. Andyjski klimat nie należy bowiem do najcieplejszych. Jest pora letnia i ta chłodniejsza, ale średnia roczna temperatura wynosi tylko 14 C, a od listopada do marca padają obficie deszcze. Nie powinno to jednak odstraszać turystów. Na licznych bazarach można się bowiem bez problemów zaopatrzyć w ciepły sweter, szalik i czapkę z alpaki, soroche zaś nie trwa wiecznie.

Przepaść o wysokości jednego kilometra


Większość mieszkańców Boliwii stanowią Indianie. Zawsze jednak znajdowali się oni w gorszej sytuacji ekonomiczno – społecznej niż biali i Latynosi. Kiedy powstawało La Paz, od razu wytworzył się podział – Indianie zamieszkiwać mieli wyłącznie tereny po prawej stronie rzeki, biali zaś po lewej. W 1780 roku, po wybuchu powstania ludów Keczua i Ajmara, wybudowano nawet mur, by odgrodzić od zdesperowanych Indian, pozostałych przestraszonych mieszkańców miasta pokoju. Dzisiaj muru już nie ma, ale nadal istnieje silny podział. Odwrotnie niż we wszystkich schematach stratyfikacji społecznej w La Paz, ci którzy znajdują się na szczycie społecznej piramidy, mieszkają najniżej, domostwa indiańskiej biedoty wznoszą się zaś wysoko ponad nimi, często wspinając na szczyty pagórków i wzgórz. Obszary położone między 4,200 i 3,600 m (dzielnica El Alto) zamieszkują społeczne niziny, składające się prawie w stu procentach z Keczua i Ajmara. Bieda jest niewysoka i ciemną ma twarz. Nosi długie, grube spódnice lub wytarte spodnie, bluzki i swetry w przepięknych kolorach tęczy (często zakładane jedne na drugie – na cebulkę) i filcowe, okrągłe kapelusze (noszone są przez Indian niezależnie od wieku i płci).
Na wysokości 3,600 metrów wokół administracyjnego i handlowego centrum, mieszka klasa średnia. Poniżej 3,500 rozciągają się dzielnice rezydencji jasnoskórych bogaczy (Calacoto, La Floryda, Achumani).

Niebezpieczne taksówki


Bieda, jak również mało skuteczna polityka państwa w zwalczaniu przestępczości, sprawiły że turysta w La Paz nie może czuć się bezpiecznie. Kiedy znajdzie się nagle w jakiejś szemranej uliczce, czy dzielnicy i poczuje niepewnie, w pierwszym odruchu będzie się pewnie starał złapać taksówkę, tym bardziej że są one w La Paz bajecznie tanie (za kilka złotych można przejechać przez całe miasto). Nie wie, że może się tym samym wpakować w jeszcze większe tarapaty. O taksówkach w La Paz krążą czarne legendy. Można z nich korzystać, ale trzeba uważać do jakiego samochodu się wsiada. Ważne by było to teletaxi. Taxi bez numeru telefonu to często zwykła pułapka. Szczególnie łatwo w nią wpaść, jeśli podróżuje się samemu. Kierowca po pewnym czasie jazdy zatrzymuje samochód, dosiada się kolejny pasażer – turysta. Zatrzymuje ich policja i znajduje u tego ostatniego narkotyki. Tutaj wersje dalszego rozwoju wypadków bywają różne. 40 letnią Jelenę obrabowali już w taksówce i puścili wolno. Parę młodych Holendrów - Katharinę i Kirstena zabrali na fikcyjny komisariat, gdzie zarekwirowali im paszporty i karty kredytowe, po czym uwięzili, wymusili kody PIN i przez kilka dni wyciągali pieniądze z konta. Po tym czasie brutalnie ich zamordowali. Boją się nie tylko turyści. Jeżeli autobus przyjeżdża do stolicy przed świtem, część pasażerów w ogóle z niego nie wychodzi, czekając na wschód słońca.
Mimo że opowieści te brzmią strasznie, nie wolno popadać w paranoje. Przy zachowaniu pewnych środków ostrożności, nic złego nie powinno się stać.

Centrum pełne ludzi i gołębi


Aby uniknąć przemieszczania się taksówkami (zawsze zresztą można wziąć autobus), na zwiedzenie centrum La Paz najlepiej poświęcić cały dzień (przynajmniej!). Starczy to aby przespacerować się od Plaza de Murillo aż do Plaza del Estudiante, zwiedzając okoliczne uliczki, kościoły i niektóre muzea. Osobny dzień trzeba koniecznie poświęcić na zakupy, ale o tym później. Plaza Murillo to główny plac w mieście, przy którym znajduje się ładna neoklasycystyczna katedra, pałac prezydencki oraz siedziba parlamentu. Od niej Calle Comercio, pełną banków, drogich sklepów i ulicznych handlarzy wszystkim, dojdziemy do kolejnego skweru. Stamtąd już tylko krok dzieli nas od gwarnego placyku Alfonso de Mendozy, gdzie można w dużej, pełnej Boliwijczyków stołówce zjeść tani obiad (za około 3 złotych), oraz od placu San Francisco, gdzie z kolei warto nakarmić duszę, zaglądając do potężnej świątyni (połączonej z klasztorem). Place w centrum La Paz pełne są ludzi i gołębi. Gołębie rzucają się z dziobami na walające się na ziemi okruchy, a żebracy na przechodniów, ze swoimi błagalnymi spojrzeniami. Obok pokrzykują sprzedawcy codziennej prasy, taniego jedzenia (takiego indiańskiego fast – food) i papierosów. Roznosi się hałas toczących się ulicami samochodów i wydzierających w niebogłosy autobusowych naganiaczy. Przed konwentem San Francisco odbywają się czasem przedstawienia. Widownia teatrzyków ulicznych jest imponująca i w przeciwieństwie do często sztywnej i napuszonej publiki prawdziwych teatrów czy oper, żywo reaguje na grę aktorów, a niejednokrotnie sama jest przez nich wciągana do udziału w spektaklu.
Odchodząca od placu San Francisco Avenida Mariscal Santa Cruz jest szeroka i reprezentacyjna. Znajdują się przy niej wysokie, nowoczesne budynki, często siedziby firm. Aleją tą dojdziemy do niewielkiego placyku Studenta (Plaza del Estudiante), skąd warto wybrać się do Muzeum słynnej boliwijskiej rzeźbiarki Mariny Nunez del Prado lub do Narodowego Muzeum Archeologii, prezentującego dorobek pradawnej kultury Tiahuanaco.
Kiedyś niczym do muzeum można się było wybrać do…więzienia. W centrum La Paz znajduje się wyjątkowe miejsce dla boliwijskich przestępców – carcel San Pedro. Funkcjonuje on niczym małe miasto. Podobno nie ma tam strażników, a więźniowie rządzą się własnymi prawami. Mogą mieszkać razem ze swoimi żonami i zwierzętami. Istnieje cała sieć barów i restauracji. Każdy żyje na takim poziomie na jaki sobie zasłużył, bądź zapracował. Może gnić w nędzy, ale może również dochrapać się niezłej rezydencji. Ile w tym w wszystkim prawdy do końca nie wiadomo, bo od pewnego czasu władze San Pedro zabroniły wstępu turystom.

Czapka z alpaki, zioła od czarownicy

Panie, panowie, jak na zakupy to tylko do…La Paz. Takie hasło reklamowe powinno widnieć na każdym prospekcie turystycznym promującym jedną ze stolic Boliwii. Bowiem wszystkiego ci tutaj dostatek.

Czapki, sandały i naszyjniki,
kurtki, swetry i piękne szaliki
z wełny alpaki szyte to dzieła
bo któżby innych się tu spodziewał

kolorem tęczy mienią się one,
pradawnym wzorem Inków zdobione,
kuszą tysiące spragnionych tego
by odziać coś oryginalnego

Ten wierszyk w całości oddaje klimat calle Sagarnaga i towarzyszących jej uliczek na tyłach centralnie położonego Plaza San Francisco. Znajdziemy tutaj tysiące większych lub mniejszych sklepików z podobnym asortymentem, których sprzedawcy tęsknym wzrokiem wodzą za każdym mijającym ich turystą. Naprawdę, trudno kupić tu wszystko, co by się chciało, bo plecaki mają niestety swoją ograniczoną objętość, ale może warto sięgnąć chociaż po jedna czapkę, jedną kurtkę, jeden szalik… Czasami trudno skończyć na jednym.
Klimat tej okolicy uzupełnia Mercado de Brujas (Bazar Czarownic) zajmujący jedną z okolicznych uliczek. Siedzące tu na chodnikach boliwijskie kobiety mogą zapewne rzucić urok na każdego, kto choćby 1 boliviano nie zainwestuje w ich usługę przewidywania przyszłości, lub szczyptę uzdrawiających ziół.
Na handlowej mapie stolicy znajdują się także już mniej ciekawe, ale równie olbrzymie Mercado Negro i Mercado Yamacho, swym wyglądem bardziej przypominające nasz sławny Stadion X – lecia w Warszawie. Jedno jest pewne, nie należy odkładać zakupów na później i na inne miejsca w Boliwii, bo taniej niż w La Paz już nigdzie nie będzie. I chociaż ceny nie są znacznie niższe od tych w Peru, różnorodnością oferowanych produktów stołeczne bazary wygrywają z każdym konkurentem.

Zupę serwujemy tylko z drugim, czyli PRL w wydaniu boliwijskim


Lata 70-te. Zza okien najlepszego w mieście hotelu do uszu przechodniów dobiega głośnia muzyka. Z samochodu wysiada samotny Pan z wąsikiem w białej koszuli, w charakterystycznym garniturze. Nie ma niestety krawata. Bez niego wstęp do lokalu jest zabroniony. Ale Pan i Władca całej imprezy - Król Szatniarz łaskawie sięga pod ladę, i wyciąga swój największy atrybut władzy – krawat na gumce. Słyszymy szelest banknotu i już obserwowany przez nas osobnik staje się pełnoprawnym uczestnikiem dancingu – najważniejszej imprezy towarzyskiej epoki PRL. Ta epoka zdaje się wciąż być obecna na naszym globie w samym sercu La Paz przy placu San Francisco. Tutaj szatniarka co prawda nie rozdaje krawatów, ale pełni nie mniej ważną rolę pierwszego kontaktu z klientem.
Co można tu zjeść? – pytają zaciekawieni przybysze.
Mamy menu, składające się z zupy i drugiego dania w cenie 5 boliviano – odpowiada rutynowo Pani Szatniarka.
Nie jesteśmy aż tak głodni, zjemy tylko zupę, ile ona kosztuje? – kontynuują turyści.
Też 5 boliviano, nie sprzedajemy oddzielnie zupy – pewnie odpowiada przedstawicielka lokalu.
No ale zupa to przecież mniej niż zupa i drugie danie, czy nie tak? – filozofują dalej bezczelnie podróżnicy
No dobrze, a więc zrobimy menu z 2 zup za 5 boliviano. Czy to Wam pasuje? – sprytnie ripostuje Pani S. Wspięła się chyba w tym momencie na wyżyny swoich intelektualnych możliwości.
Oczywiście – odpowiadają wdzięczni obieżyświaci.
Lokal może pomieścić pewnie i z 80 osób przy swoich 4-osobowych stolikach. Jednak dzisiaj przybysze ujrzeli jedynie może ze 12 osób rozsianych dość równomiernie po sali. W 95% są to sami mężczyźni w staromodnych garniturach popijający piwo. Gości zabawia DJ (Indianin), a atmosferę uzupełnia srebrna kula kręcąca się nad parkietem. Elegancko ubrani kelnerzy podają główną atrakcję klubu – menu za 5 boliviano. Niestety, ponieważ nie jest to gay – party nikt ze sobą nie tańczy. A muzyka stanowi jedynie tło do zażartych dyskusji politycznych.
A dyskutować jest o czym. Kraj przeżywa obecnie rewolucyjne zmiany po dojściu do władzy Evo Moralesa, którego podobizna spogląda na przechodniów z każdej okładki gazety. Jakby tego było mało, uliczni sprzedawcy donośnym głosem namawiają do zakupu małych książeczek pamiątkowych: przemówienia Evo, projekt konstytucji Evo, pierwsza podróż Evo…. itd. Najbardziej indiańskie państwo Ameryki Południowej ma wreszcie prezydenta swojaka, chłopa z tej samej krwi i kości, który w prosty i demagogiczny sposób opowiada o tym, jak zbudować nową, lepszą Boliwię. Oczekiwania są wielkie. Jednak doświadczeni podobnych „cudownych” rozwiązań będą zawsze sceptycznie patrzeć na tego typu zmiany.

El Carretero – miejsce wyjątkowe


W pobliżu centrum znajduje się miejsce, które dzięki swojemu szczególnemu klimatowi i niskim cenom (2 dolary za noc) przyciąga tłumy podróżników. Jest to wielopiętrowy budynek z dziedzińcem w środku, który jest centrum życia towarzyskiego schroniska. Czego się tu nie robi. Ktoś pisze pamiętnik, ktoś poznaje swoją nową miłość a inny znowu pierze skarpetki. Ponieważ większość gości to przybysze z ościennych krajów, głośno dyskutuje się tu na różne tematy do późnych godzin nocnych. Tylko miła właścicielka czasem przechodzi i przypomina wszystkim, że chyba powinni się już położyć spać. Jak na wyjątkowe miejsce przystało wyjątkowe są też tu pokoje. Każdy z nich ozdobiony jest szczególnymi malunkami. Są one wyrazem lewicowych poglądów latynoskich obieżyświatów. Niech żyje Che, niech żyje rewolucja, precz z Bushem, to do znudzenia powtarzające się motywy ściennych deklaracji. Ale nie brakuje też tu filozoficznych wynurzeń, czy wyznań miłosnych.

La Paz i co dalej?

Grzechem byłoby odwiedzając stolicę nie zapuścić się poza jej granice aby odkryć to, co skrywają otaczające ją wzgórza. Do największych atrakcji należą: Księżycowa Dolina i rowerowy rajd po najniebezpieczniejszej trasie świata – wężu wijącym się nad przepaścią.
Warto spędzić w La Paz i okolicach co najmniej tydzień. Odnajdziemy tu magię i egzotykę, a jednocześnie nie będziemy się czuli jak w jakimś turystycznym rezerwacie, w jakie zamieniło się wiele miejsc, cieszących się popularnością wśród podróżników. W La Paz życie toczy się swoim własnym rytmem, a turysta jest tylko skromnym i mało znaczącym do niego dodatkiem

Globtroter - "Republika Indian Kuna Yala. San Blas"



Tam, gdzie zaczyna się przygoda

Malutki port w Poblacion Miramar pogrążony jest jeszcze w mrokach nocy. Na stateczku Rica Mar zaczyna się jednak ruch. Indianie Kuna krzątają się po pokładzie, spłukują zimną wodą resztki snu z twarzy, myją zęby, plując za burtę. A my czujemy, że wraz ze wschodzącym leniwie słońcem, zaczyna się prawdziwa przygoda.
Do Poblacion dotarliśmy dnia poprzedniego. Jedzie się tutaj trzy godziny autobusem z Colon, wzdłuż karaibskiego wybrzeża Panamy, mijając po drodze kolorowe miasteczka, zupełnie niczym wyrwane z bajki, opowiadanej dzieciom na dobranoc – Portobelo, Nombre de Dios, Palenque. W Miramar przy odrobinie szczęścia można znaleźć stateczek miejscowych handlarzy, płynący w stronę Comarca de San Blas. My trafiliśmy na barkę transportującą na wyspy coca-colę. Kapitan za 15 dolarów od osoby zgodził się nas zabrać.
Siedzimy na rozłożonej nad maszynownią czarnej plandece, która wkrótce będzie parzyła, rozgrzana porannym słońcem. Jeden z marynarzy Gabriel opowiada nam o wyspach, które będziemy mijać po drodze. Rica Mar płynie aż do kolumbijskiej granicy, miniemy ich więc całkiem sporo. Będziemy mogli wysiąść na tej, która najbardziej nam się spodoba.

Kto się boi Indian Kuna

Kuna lubią mówić, że mają po jednej wyspie na każdy dzień roku. W rzeczywistości jest ich więcej. Z ponad 300 wysp, jednak tylko czterdzieści parę zamieszkują ludzie. I to dopiero od niespełna 200 lat. Wcześniej Indianie mieszkali na lądzie, około roku 1830 rozpoczęła się masowa, do dziś nie wyjaśniona migracja na wyspy. Comarca de San Blas liczy 3, 206 kilometrów kwadratowych i nie wchodzi w skład żadnej z dziewięciu prowincji panamskich. Nazwę taką nadali temu regionowi Hiszpanie, miejscowi używają określenia Kuna Yala. Archipelag stanowi oddzielny, rządzący się własnymi prawami organizm. Zamieszkuje go ponad 36 tysięcy Indian. Posługują się oni swoim własnym językiem, ale większość zna również hiszpański.
Już od XVI wieku Indianie musieli nieustannie walczyć o zachowanie niezależności. Jednak dzięki swojej odwadze i determinacji, obcym najeźdźcom nigdy do końca nie udało ich się sobie podporządkować. Już na początku XIX wieku władze hiszpańskiej kolonii Nowej Granady przyznały im samodzielność. W 1925 roku San Blas, wspierane przez rząd Stanów Zjednoczonych, ogłosiło niepodległość jako Republika Tule. Republika przetrwała zaledwie kilka dni. Jednak aż po dziś dzień tamte wydarzenia Kuna określają dumnym mianem Revolucion. Wskutek wieloletnich negocjacji, toczących się zarówno przed epizodem z ogłoszeniem niepodległości, jak i potem, rząd Panamy uznał San Blas za autonomiczną część kraju. Kuna otrzymali prawa własności wysp i wybrzeża. Nikt bez ich zgody nie może się tutaj osiedlać, ani nabywać gruntów. Próbę taką podjął swego czasu John Wayne, który zamarzył sobie wejść w posiadanie jednej z tych bajkowych wysepek. Mimo poparcia władz Panamy, nic z tego jednak nie wyszło. Kuna skutecznie bronią w ten sposób swojego terytorium, a co za tym idzie – swojej unikalnej kultury.
Ich bracia z lądu – z porośniętej niezmierzoną dżunglą prowincji Darien są jeszcze mniej gościnni. Czarne, mrożące krew w żyłach legendy o tym, jak traktują przybyszów z zewnątrz można znaleźć w niejednej książce, między innymi w „Gringo wśród dzikich plemion” Cejrowskiego.
Mając jako żywe w pamięci te straszne opowieści obawialiśmy się nieco jacy będą Indianie z wysp. Były to jednak obawy jak najbardziej nieuzasadnione. San Blas jest miejscem udostępnionym dla turystów już od roku 1938. Indianie traktują przybyszów z zewnątrz przede wszystkim jako źródło dochodu. Ale nie tylko. Gabriel, siedząc koło nas już od dłuższego czasu miło z nami rozmawia, a marynarz odpowiedzialny za gotowanie właśnie przyniósł nam po misce ryżu z kokosem i świeżo złowioną rybą (najpopularniejsza tutaj potrawa). Bardziej niż zapłaconymi przez nas 30 dolarami, należy to chyba jednak tłumaczyć zwykłą gościnnością i sympatią jaką obdarzyli nas ci ludzie. Na pewno tych Indian Kuna nie należy się bać!

Porvenir. Brama do Królestwa San Blas

Po paru godzinach na horyzoncie pojawia się pierwsza wyspa. Jest niczym z katalogu – bielutki piasek, kokosowe palmy, wokoło turkusowa woda. To Porvenir – stolica i jednocześnie „brama wjazdowa” do Comarki. Tutaj musi zatrzymać się i przedstawić dokumenty każdy statek. Tutaj też przylatują samoloty z turystami. Na Porvenir znajduje się lotnisko, hotel i siedziba Gwardii Narodowej. Wojsko (składające się zresztą w 100 procentach z Indian Kuna) nie ingeruje praktycznie w wewnętrzne sprawy wysp. W orbicie ich zainteresowań znajdują się jedynie przestępstwa wyższego kalibru, a przede wszystkim, przebiegający tędy z Kolumbii przemyt narkotyków.
Na większości wysp nie ma jednak ani wojskowych, ani policji. O porządek dbają lokalne władze. San Blas mają własny kongres, który za pomocą trzech kacyków reprezentuje Archipelag przed panamskim rządem. Oprócz tego każda wyspa ma swoją radę, ze stojącym na jej czele sahilą wybieranym spośród ludzi o największej wiedzy i doświadczeniu.

Carti. Hard Rock po indiańsku

Porvenir, oprócz bajkowej plaży niewiele ma do zaoferowania. Dopiero kolejna z wysp – Carti oczarowuje nas swoją egzotyką. Już port pełen jest indiańskich kobiet, ubranych w swoje przepiękne kolorowe stroje. Ręce do łokcia, oraz łydki mają oplecione obręczami z malutkich różnobarwnych koralików. Ten zwyczaj ma zapewnić ładny, szczupły wygląd kończyn miejscowych niewiast. Na głowach czerwone chusty, na twarzach makijaż – pomalowane policzki (mazią, która oprócz zapewnienia walorów estetycznych, ma również chronić przed słońcem), czasem czarne kreski ciągnące się od czoła, aż po czubek nosa. Długie spódnice i bluzki – czasem ozdobione z przodu molas - wyhaftowanymi rysunkami przedstawiającymi motywy zwierzęce, roślinne lub jakieś geometryczne abstrakcje. Przybijamy do brzegu, aby nasi marynarze dobić mogli targu z miejscowymi sklepikarzami. Wykorzystujemy ten czas na spacer po wyspie. Carti jest niesamowicie przeludnione. Kuna tłumnie przemieszczają się wąskimi uliczkami, przy których jeden przy drugim stoją pokryte palmowymi liśćmi domy z bambusa. Linia brzegowa wygląda zupełnie niczym usypana ze śmieci. Woda zmuszona jest pochłonąć to wszystko, co ze swoich domostw wydalają Indianie. I są to nie tylko śmieci… Od brzegu, w niewielkich odstępach odchodzą mola długości kilku metrów. Na końcu każdego umieszczona jest… sławojka sklecona z bambusowych żerdzi. Potrzeby fizjologiczne załatwia się tutaj w ciszy i samotności, zakłócanej jedynie szumem fal.
W jednej z chat mieści się… Hard Rock Cafe. Świadczy to o tym, jak bardzo turystyczna jest ta wyspa. Dla miejscowych kobiet jesteśmy przede wszystkim potencjalnymi klientami. Na nasz widok wyskakują by zaprezentować swoje molas. Te okazy ludowego arcydzieła można tutaj kupić już za kilka dolarów. W Panama City ich ceny znacznie podskakują, żeby zagranicą osiągnąć kilka lub nawet kilkunasto-krotność kwoty padającej z indiańskich ust a wyspach.

Nargana. Cywilizacja pożera tradycję

Płyniemy, mijając setki bajkowych bezludnych wysepek, porozsypywanych na wodzie niczym zielone paciorki. Po kolejnych kilku godzinach dopływamy do dwóch wysp połączonych długim mostem. To Nargana i Corazon de Jesus. Już na pierwszy rzut oka wyspy te wyglądają zupełnie inaczej od poprzednich. Nad murowanymi w większości domami góruje wieża kościoła. Większość budynków znajduję się w opłakanym stanie. Tylko nieliczne kobiety mają na sobie tradycyjne stroje. Młode dziewczęta przyodziane są w mini spódniczki i bluzki na ramiączkach. Na twarzach makijaż. Bynajmniej nie indiański. Znajduje się tutaj również siedziba Gwardii Narodowej, bank oraz więzienie. Szczególnie to ostatnie budzi naszą ciekawość. Niejeden więzień na świecie marzyłby o takiej scenerii do „odsiadki”. Skazani pod czujnym okiem uzbrojonych strażników grają w piłkę na boisku położonym nad samym morzem, zamiast drutów kolczastych otoczonym kilkoma kępkami palm kokosowych.
Nargana to znak docierającej w coraz większym stopniu na Comarcę cywilizacji. Jest niczym złowieszcza wróżba, która przestrzega co może stać się z całym Archipelagiem San Blas za kilka lat, jeśli w pogoni za nowoczesnością zatraci swoją tradycję i tożsamość.

Tigre. Pomarańcze dla sahili


Od Nargany dzieli nas już tylko pół godziny do wyspy, na której zdecydujemy się zostać. Tigre łączy w sobie wszystko, czego szukaliśmy – indiańską egzotykę i piękne plaże. Stawiając pierwsze kroki po wyspie, na której przyjdzie nam spędzić parę następnych dni, przychodzi nam do głowy, że muszą nią zarządzać bardzo mądre władze. Przede wszystkim nigdzie nie widać walających się po piasku śmieci, obok domów panuje względny porządek. Ulice są szerokie i czyste. Poza tym na Tigre został wydzielony specjalny teren dla turystów, gdzie nie ma zanieczyszczających wodę przybrzeżnych sławojek. Jest za to piaszczysta plaża, palmy i cabanie z bambusa, w których można rozwiesić hamak. Jest również olbrzymia przestrzeń do rozbicia namiotu.
Zanim jednak rozbijemy namiot musimy udać się do siedziby kongresu i poprosić o zgodę na pozostanie na wyspie. Czujemy się tym nieco podenerwowani. Wchodzimy do największej w wiosce chaty, gdzie zastajemy dwóch staruszków – jeden siedzi na krześle, drugi leży na hamaku. Ten w hamaku to sahila. Przedstawiamy im pokrótce cel naszej wizyty. Wręczamy po pomarańczy (których zabraliśmy z Poblacion Miramar cały worek). Sahila kiwa z aprobatą głową i bez zbędnych ceregieli wydaje zgodę na nasz pobyt. Pozwala nam nawet na zamieszkanie poza strefą turystyczną, jeśli znajdziemy taką możliwość. Doprawdy nie było się czego obawiać.
My jednak udajemy się w stronę zona turistica, bo tam plaża jest najpiękniejsza. Czujne kobiety wyskakują z domostw, prezentując swoje molas. Zaciekawione dzieciaki podążają za nami aż na kraniec wioski. Skaczą. Wołają Hola! Zbierają z ziemi, wysypujące się przez dziurę w naszym worze pomarańcze.

Opowieści albinosa Nestora


Wieczorem zamawiamy w barze po zimnym piwie. Siadamy przy jednym stoliku z mężczyzną o wypłowiałych jasnych włosach i pergaminowej, zaczerwienionej od słońca skórze. Zaczynamy rozmowę.
Pan tutaj na wakacjach?- pytamy naiwnie. On, uśmiechając się w sposób, jaki jest zazwyczaj reakcją na palniętą przez kogoś gafę, wynikającą z niewiedzy, odpowiada – Tak. Przyjeżdżam tutaj średnio raz na dwa miesiące.. – Po czym mrugając do nas niebieskimi, zezującymi oczami dodaje – Pochodzę stąd. Jestem Kuna.
W ten sposób poznajemy albinosa Nestora. Pracuje on jako nauczyciel w Panama City. Dzięki niemu będziemy mogli trochę lepiej poznać San Blas i kulturę Indian Kuna. Nestor nie jest na wyspach żadnym ewenementem. Albinosi stanowią niespełna 2% ludzi na świecie, na Comarce występują dużo częściej. Mniej więcej co 50 Indianin ma białą skórę i włosy. Nazywani są „księżycowymi dziećmi”, ze względu na udział bogini księżyca w ich poczęciu i narodzeniu. W rzeczywistości na tak dużą częstotliwość ich występowania wpływ mają - oprócz bogini - związki o zabarwieniu kazirodczym. Jest to spowodowane małą wymianą pomiędzy poszczególnymi społecznościami. Miejscowi uważają albinosów za wyjątkowo mądrych. Z tego względu otaczani są dużym szacunkiem i często pełnią jakieś ważne funkcje. Wkrótce będziemy mieli okazję się przekonać, że na Tigre szaman jest albinosem. Nestor również jest traktowany przez mieszkańców z dużą estymą.
Nasz nowy przyjaciel opowiada nam o porządku panującym na wyspie. Kongres pod przewodnictwem sahili zbiera się tutaj codziennie, z wyjątkiem piątku, który jest dniem tańca i niedzieli, która jest dniem odpoczynku. W sobotę odbywa się najważniejsze zebranie, w którym każdy mężczyzna powinien uczestniczyć. Może jednak przesłać przez żonę usprawiedliwienie, np. Nie mogę przybyć. Wypłynąłem na ryby. Kongres wydaje dyrektywy dotyczące wszystkich istotnych dla wyspy spraw. Może ogłosić dyrektywę generalną, lub skierować ją do konkretnej osoby, np. do Juana, żeby sprzątnął swoje obejście.
Jednym z największych problemów, dotykających nie tylko Tigre, ale cały Archipelag są narkotyki. Na każdym kroku można spotkać na ulicy tabliczki Narkotyki zabijają, Narkotyki niszczą rodzinę, Uprawiaj sport zamiast brać, itd., itd. Nestor tłumaczy nam jaka jest tego przyczyna. Po pierwsze na San Blas nie ma zbyt wielu możliwości zarobku. Można łowić ryby albo droższe langusty, zaciągnąć się na statek, zarabiać na turystach, wyjechać do Ciudad Panama albo... zająć się handlem narkotykami. Niektórzy wchodzą w poważny biznes narkotykowy, pomagając kolumbijskim statkom w przemycie, inni ocierają się o niego w sposób bardziej... przypadkowy. Niektórzy Kuna w czasie połowów znajdują wyrzucone przez kolumbijskie kutry paczki (pozostawione tam po odbywającym się na wyspie przeładunku, ze względu na brak miejsca, albo z obawy przed kontrolą). W paczkach są narkotyki. Dla zarobku rybacy zaczynają rozprowadzać je we własnych społecznościach. I koło się nakręca.

Chicha, czyli jak upija się cała wyspa


Do jednej z ciekawszych tradycji miejscowej ludności należy Chicha, święto urządzane przez rodziców z okazji pierwszej miesiączki swojej córki. Nazwę swą bierze od napoju znanego nie tylko w Panamie ale także w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, zwanego właśnie chichą. Chichę przygotowuje się z kukurydzy, wlewa do dzbanów, gdzie poddana zostaje procesowi fermentacji. W smaku napój ten przypomina kiepskiej jakości wino owocowe. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że Chicha miała miejsce w trakcie naszego pobytu na Tigre.
Kiedy już chicha jest gotowa cała wioska zbiera się w dużej chacie. Bohaterką ceremonii jest dziewczyna, która właśnie stała się kobietą. Niestety jej rola w całej zabawie jest najmniej przyjemna. Musi stać w otoczeniu rodziców w centralnym punkcie zgromadzenia i trzymać w ręku wazę pełną sfermentowanego napoju kukurydzianego i oczywiście serwować go coraz to bardziej upitym gościom. Nieszczęśliwa mina dziewczynki wskazuje, że chyba nienajlepiej czuje się w tej roli. Na dodatek całe jej ciało pomalowane jest na kolor czarny, co powinno chronić ją przed złymi duchami.
Zabawa rozkręca się na dobre. Indianie ustawiają się w kolejce po swoją porcję chichy, a gdy ona się kończy, pojawia się piwo i inne alkohole. Rodzice dziewczynki zadbali o to, żeby z tej imprezy nikt nie wyszedł trzeźwy. I chyba też nikt nie ma takiego zamiaru. Na początku jeszcze wszyscy mają siłę tańczyć. Słychać dźwięki tradycyjnej muzyki Kuna. Mężczyźni i kobiety ustawieni naprzeciw siebie podskakują w rytm wygrywanej na fletopodobnym instrumencie melodii. W modzie są jednak też piosenki latynoskie, dlatego po tradycyjnym początku, słyszymy znajomy głos Shakiry. Alkohol miesza się z dymem papierosów marki Elephant o zielonych filtrach, które palą dosłownie wszyscy. Z ust co poniektórych kobiet zwisają też fajki. Te na co dzień milczące niewiasty, ożywiały się dotąd tylko wtedy, gdy chciały nam sprzedać coś ze swojego rękodzieła. Teraz alkohol otworzył im język. Padają pytania. Każda chce zrobić sobie z nami zdjęcie. Obejmują nas przyjaźnie. Całują, dają papierosy. Czasem pochylają się aby zwymiotować, po czym piją dalej. Stare i młode. Niektórzy nie wytrzymują. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy starych kobiet pijących na umór. Właśnie jedna z nich pada na ziemię. Dzisiaj już nie wstanie, więc ci mniej pijani łapią ją za nogi i wynoszą do jej własnej chaty.
Dla młodych Indianek Chicha jest momentem przełomowym, wkraczają w dorosłe życie i od tej pory mogą już wyjść za mąż. W społeczności Kuna poślubienie 12, 13 letniej dziewczyny jest rzeczą zupełnie normalną. Od tego czasu też zmienia się wygląd każdej niewiasty. Przestaje się nosić po europejsku, a przywdziewa tradycyjny indiański strój. Niestety znacznie skracane są wtedy jej piękne, gęste włosy. Z czasem w jej otworach nosowych pojawi się dodatkowo olbrzymi złoty pierścień. Bo czym więcej złota na ciele kobiety, tym większym cieszy się szacunkiem w społeczności. Pozycja kobiet Kuna jest całkiem dobra. Odgrywają one ważną rolę w swojej społeczności, a przyjście na świat dziewczynki jest dobrym znakiem dla pomyślności całego domostwa, bowiem to ona ze swoim mężem zostanie przy rodzinie i przyniesionym na świat potomstwem wzmocni jej siłę, wzbogacając ją o nowe ręce do pracy.

Cmentarz, czyli spotkanie z duchami przodków

Wyspa Tirgre, jak i wiele wysp archipelagu znajduje się bardzo blisko stałego lądu, porośniętego dziką dżunglą, która razem z pasmami górskim stanowi naturalną zaporę przed cywilizacją wdzierającą się na terytoria Kuna od strony wnętrza kontynentu. Na granicy prowincji toczy się niewypowiedziana wojna osadników, łakomie zerkających na nowe połacie nieuprawianej ziemi, z Indianami. Często padają ofiary śmiertelne i to po obu stronach. Na szczęście my znajdujemy się daleko od konfliktowych terenów i możemy spokojnie udać się na ląd, by obejrzeć miejscowy cmentarz. Zanim tam dotrzemy czeka nas jednak krótka przeprawa przez morze, pełne rekinów. A łódki Indian Kuna są tak niestabilne, że wystarczy jeden fałszywy ruch a można znaleźć się w wodzie. Na szczęście bez większych przygód przeprawiamy się przez wielką wodę. Tutaj czekają na nas komary, nieobecne na wyspie i zaczynają zbierać swoje bezlitosne żniwo. Nie możemy się od nich opędzić, a niestety nie braliśmy żadnych środków przeciwko malarii. Wreszcie docieramy do celu podróży. Na małym skrawków ziemi wielkości może 0,5 hektara pochowani są zmarli członkowie społeczności Tigre. Każdy ma tutaj swój mały kopiec usypany z ziemi i przykryty daszkiem, tak aby deszcze go nie zniszczyły. Ciekawostką są przedmioty umieszczone na stoliku, potrzebne zmarłemu w jego życiu po śmierci. A więc jest tu kubek, talerz a nawet szczoteczka do zębów, a na grobach dziecięcych zabawki. Na żadnym nie brakuję miniaturki tradycyjnej łodzi, potrzebnej zmarłemu do przemieszczanie się po niebiańskich wodach i łowieniu w niej tamtejszych ryb.
Dzieci które przyprowadziły nas na cmentarz zwracają nam uwagę, żebyśmy patrzyli pod nogi. Według lokalnych wierzeń, kto się tutaj przewróci, czeka go rychła śmierć. Z pewną ulgą wracamy z cmentarza na wijącą się w stronę brzegu ścieżkę. Na niej spotykamy kolejnego albinosa, który jest lokalnym szamanem i zbierał właśnie zioła niezbędne mu do jego lekarskich praktyk. Wykorzystujemy ten przypadek aby dowiedzieć się nieco więcej o wierzeniach mieszkańców wysp. Okazuje się, że jednym z najważniejszych elementów medycznej działalności szamana jest nawiązywanie kontaktów z demonami i próba naprawienia wyrządzanego przez nich zła. Demony te oddziaływają bezpośrednio na duszę każdego człowieka, powodując jego chorobę. A demony, tak jak i wszystko co się znajduje na świecie zostało stworzone przez boga. Ale kim jest ten bóg – pytamy? Jest on, jak i w wierzeniach innych plemion oraz podobnie, jak u chrześcijan wielkim wszechmocnym Stwórcą Nieba i Ziemi. Czczony przez nich i zwany Pabasaila jest stwórcą Olotilisobi - czyli Matki Ziemi, znanej wśród Inków jako Pachamama. Według tych wierzeń pierwsi ludzie zostali zesłani na ziemię w okolicach świętej góry Takaruna, znajdującej się w pobliżu dzisiejszej, niedostępnej dla wielu granicy panamsko-kolumbijskiej, na której współcześni Indianie Kuna mieszają się z przemytnikami i odpoczywającą po walce stoczonej po drugiej stronie granicy z kolumbijską guerillą. To istne piekło na ziemi istnieje także w ich religii. Tylko znajduje się pod jej powierzchnią i składa z ośmiu warstw. Wszystkie duchy zmarłych muszą przejść do czwartej warstwy piekła, gdzie od Bili Baki, wodza wszystkich demonów, otrzymują zezwolenie na dalszą wędrówkę do nieba. Mimo pewnych różnic religia Indian Kuna jest tak podobna do chrześcijańskiej, że dzieci w szkole, która znajduję się na prawie każdej wyspie, także na Tigre, nie potrafią rozróżnić jednego wierzenia od drugiego i długo zastanawiają się, czy to co usłyszały, pochodzi od szkolnego katechety, czy może od miejscowego szamana.

Podsumowanie – czyli próba odpowiedzi na pytanie czy świat Indian Kuna nie zginie.

Dane nam było poznać kawałek niesamowitego zakątka ziemi, zamieszkałego przez dumnych Indian, których terytorium tak naprawdę nigdy nie zostało opanowane przez białego człowieka. Do dziś przez swe mądre prawa bronią swojej ziemi, nie pozwalając obcym na kupowanie tych bajecznie pięknych wysepek. W ich przypadku to jedyna droga do zachowania własnej kultury i tożsamości. Cywilizacja wdziera się jednak na wyspy z każdej strony. Swój pochód rozpoczęła wraz z pojawiającymi się tutaj na początku XX wieku misjonarzami. Później przybrała postać przywożonych przez handlarzy butelek coca-coli, bez których trudno sobie dzisiaj wyobrazić miejscowy sklepik. Od pewnego czasu wkracza w indiańskie życie poprzez biały proszek przywożony przez kolumbijskich przemytników, będący przyczyną wielu uzależnień. Stąd też obok tradycyjnych chatek na Tigre spotykamy na każdym kroku tabliczki – Nie bierz narkotyków – one zabijają. Napisane po hiszpańsku, są one adresowane do ludzi młodych. Wielu starszych mieszkańców wyspy nie byłoby nawet ich w stanie zrozumieć, bo całe swoje życie posługują się jedynie lokalnym narzeczem.
Tym zagrożeniem jest także AIDS, który zapukał do bram prowincji Kuna Yala. Jest nim również migracja młodych w poszukiwaniu lepszego życia do Panama City. Rzadko wracają potem na swoje wyspy, szybko zapominając języka ojczystego. Kolejnym zagrożeniem jest turystyka, która obok olbrzymich korzyści może spowodować zmianę zachowań mieszkańców, przez przyjmowanie stylu życia przybyszów i porzucanie tradycji ojców. Miejmy jednak nadzieję, że wykazywana do tej pory mądrość przywódców lokalnej społeczności, w obronie niezależności prowincji, tradycji i kultury sprawi, że jeszcze przez wiele lat będziemy się cieszyć jej obecnością na naszej planecie. Kuna Yala, to w miejscowym języku – Ziemia Kuna. Trzeba wierzyć, że jeszcze na długo taką pozostanie.